Wpisy z tagiem: ziemniaki

środa, 30 maja 2012

Kilka tygodni temu pojawił sie na ulicach Ottawy rycerz … na koniu ... i w zbroi. Zaskoczenie było całkowite. Niektórzy pukali się w czoło, inni robili zdjęcia, byli też oczywiście tacy, którzy się oburzyli i zadzwonili gdzie trzeba, że tu się męczy zwierzęta.

Rycerz w Ottawie

A radio i prasa szybko wykryła, o co tu chodzi. Otóż tajemniczym jeźdźcem okazał się mieszkaniec prowincji Quebec, Vincent Gabriel Kirouac. Powiedział reporterom, że „przemierza Kanadę konno w stroju rycerskim, aby przypomnieć ludziom dawno zapomniane cnoty rycerskie, takie jak oddanie.” Jego koń, Coeur-de-Lion, ma się doskonale, i wszystkie jego potrzeby są zapewnione. Gdy tylko okazuje oznaki zmęczenia, dzielny rycerz zsiada i maszeruje obok. Oczywiście na swoją wędrówkę musi wybierać mniej uczęszczane drogi, a sypia na ogół w którymś z mijanych domów. W Ottawie zatrzymał się przed Parlamentem, odśpiewał hymn Kanady i udał się w dalszą drogę. Do Vancouveru zamierza dotrzeć za ok. pół roku.

Wikipedia CommonsW Kanadzie takie przemierzanie kraju, od jednego oceanu do drugiego jest bardzo popularne. Na ogół związane jest ze zbieraniem pieniędzy na jakiś cel, ale jak widać każdy cel jest dobry. Jednym z pierwszych, który spopularyzował ten rodzaj zbierania datków był Terry Fox.  W wieku 22 lat, Terry stracił nogę powyżej kolana na skutek komplikacji nowotworowych. 22 kwietnia 1980 roku wyruszył z St. John’s w Nowej Funlandii w swą samotną drogę przez Kanadę (nazwaną Maratonem Nadziei), aby zbierać pieniądze na fundusz walki z rakiem.  Po 143 dniach (5300 km) zmuszony był niestety przerwać swój bieg z powodu pogorszenia stanu zdrowia. Zmarł 28 czerwca 1981 roku. Maraton Terry Foxa spopularyzował ten rodzaj zbierania funduszy na badania. Do dzisiaj na całym świecie odbywają się Maratony Nadziei, które zebrały ponad 500 milionów dolarów.

W 1984 roku, Steve Fonyo podjął próbę przebiegnięcia całej trasy Maratonu Nadziei. Steve także stracił nogę w wyniku komplikacji nowotworowych. 29 maja 1985 roku, Steve Fonyo zakończył swój maraton zanurzając protezę w wodach Pacyfiku na zachodnim wybrzeżu Kanady.The Canadian Encyclopedia

W marcu 1985 roku, Rick Hansen (sparaliżowany od pasa w dół po wypadku) rozpoczął swój objazd świata (nazwany Man in Motion).na wózku inwalidzkim. W ciągu 26 miesięcy dotarł do 34 krajów, aby w ostatnim etapie przejechać przez całą Kanadę. 22 maja 1987 roku zakończył swoja światową turę, która zebrała ponad 26 milionów dolarów na badania urażeń kręgosłupa.

Jak myślicie, ile par rękawiczek zużył Rick Hansen w czasie swojej podróży?

Jeszcze trochę i pojawią się na rynku młode kartofle. Oczywiście najlepsze są po prostu z wody z masłem i koperkiem, ale chcę Wam podać przepis na pyszną zapiekankę z młodych kartofli.

1 kg małych młodych kartofli oskrobać i wymieszać z czubatą łyżką soli, gałką muszkatołową,pieprzem, 4 łyżkami posiekanej cebuli, 2 łyżkami szczypiorku, 2 łyżkami koperku i 2 łyżkami zielonej pietruszki. Opcjonalnie można dodać drobno pokrojoną kiełbasę. Formę żaroodporną wysmarować masłem, włożyć do niej masę ziemniaczaną. Przykryć i piec w gorącym piekarniku 50 minut. ¼ l kwaśnej śmietany zmieszać z 4 jajkami i posolić. Zalać zapiekankę, przykryć i piec jeszcze przez 25 minut.

Pozdrowienia. Wasza Kanadyjka

piątek, 04 maja 2012

Dzisiejsza zagadka będzie się wiązała ze słowem kibic. Nie, nie chodzi mi o to, co nas za chwilę czeka - o przemarsze kibiców, strefy kibiców, akcesoria dla kibiców. Chodzi mi o literaturę.

Był taki szalony Szwajcar, polskiego pochodzenia zresztą, który w roku 1950 postanowił w namacalnie udowodnić, że kocha komunizm i przeniósł się wraz z żoną do Polski. Pochodził z żydowskiej rodziny i w roku 1968 niedwuznacznie mu to przypomniano. Ciekawe, że żona owego Szwajcara, która przyjechała z nim do Polski, choć nie była ani Polką ani Żydówką, a nawet przyznaję, że nie pamiętam, czy była tak jak mąż przekonaną komunistką, ciekawe więc, że gdy po Marcu pisarz jak niepyszny opuszczał Polskę, żona i córka zostały. Nie mam pojęcia, co się z nimi dalej działo, ale może ktoś wie i napisze. Sam pisarz wrócił do Szwajcarii i tam umarł, odznaczony między innymi tytułem honorowego obywatela miasta w którym mieszkał przez ostatnie 20 lat swojego życia.   

Najsłynniejsza jego powieść traktuje o dwunastu chłopakach z żydowskiej rodziny warszawskiej (ponoć jego własnej), którzy za cara zaangażowali się anarchistycznie w polską sprawę narodową i patriotyczną. Zsyłek, katorgi i wieloletniego gnicia w więzieniu uniknęli tylko dzięki interwencji Tate, któremu jednak wszystko się w końcu znudziło i wyekspediował potomków do Ameryki, gdzie założyli drużynę piłki nożnej. Powieść jest zabawna i świetnie się czyta, ale to powieść, a nie praca naukowa. Ani realia carskiej Warszawy, ani kariera piłkarska w Ameryce, ani prawda o przypadkach emigracyjnych własnej rodziny pisarza, nie są opisane zbyt realistycznie. Autor hojnie korzysta z przysługującego każdemu twórcy prawa do słynnej licentia poetica. Tym niemniej polecam gorąco, zwłaszcza że powieść ukazała się po polsku.

Przedmiotem zagadki jest jednak inna powieść tego pisarza i to ona nadała tytuł dzisiejszemu wpisowi. Chodzi mi o sfabularyzowaną autobiografię autora od dzieciństwa w bezpiecznej Szwajcarii poprzez zaangażowanie polityczne młodego studenta, wyjazd do Polski, jego przygody wśród lechickiego lądu i wody, a wreszcie wyjazd na Zachód.

Po niemiecku powieść nazywa się jak pewien ptaszek, o którym Niemcy twierdzą, że to podglądacz. Nie wtrąca się, nic nie robi, nigdy nie wpływa na bieg wydarzeń, ale wszystko widzi. Tak, od dzieciństwa, autor oceniał swoją rolę w życiu. Pewnie, marzyło mu się więcej, ale w gruncie rzeczy zawsze był tylko takim przyglądającym się wszystkiemu ptaszkiem. Po polsku powieść ma tytuł dosłowny, bez skojarzeń z ptaszkiem, mimo iż wyraz ten od niemieckiej nazwy owego ptaszka się wywodzi. Sam ptaszek się po polsku inaczej nazywa i jego nazwa nie budzi żadnych skojarzeń z przyglądactwem i podglądactwem. Ani z piłką nożną.

Pisarz ma swoje miejsce w niemieckiej Wikipedii, ma też wpisy w trzech innych językach:
  • العربية
  • Español
  • Eesti

Jak rozwiążecie zagadkę, to może się "zmówimy" i zrobimy mu jednak również wpis po polsku. Ale na razie ku pomocy pokażę Wam tu tego ptaszka:  

wiki commons thank you

To zresztą ptaszek wprawdzie wielce literacki, ale niestety po polsku wciąż skazywany na  banicję. Zniknął bowiem nie tylko z polskiego tytułu zagadkowej naszej powieści, ale też z tytułu pewnej słynnej sztuki teatralnej, gdzie go lingwistycznie nader słusznie, ale i tak bez sensu przerobiono na... mewę.

Odpowiedzi udzieliła Frusty:
Co to za ptaszek? Czajka
Co to za pisarz? Andre Kaminski
Co to za powieść? "Kibic"

Pisarz szwajcarski, to i jadło szwajcarskie. Rösti, smażone ziemniaki, a nawet bardziej jeszcze - szwajcarskie ziemniaki z ziemniakami jak frytki z kartofelkami. Rösti to szwajcarskie placki ziemniaczane z tartych ziemniaków surowych czyli trochę jak te tutaj, lub tartych ziemniaków gotowanych, czyli trochę jak moskaliki, lub wreszcie z mieszanki ziemniaków surowych i gotowanych, ewentualnie sklejonych mąką ziemniaczaną.

Rösti

Potrzebujemy 1 kilo ziemniaków, które się będą gotowały "na twardo". Połowę gotujemy w łupinach już poprzedniego dnia! I w żadnym wypadku nie możemy ich rozgotować, lepiej nie dogotować. Następnego dnia obieramy ziemniaki surowe i ziemniaki ugotowane, trzemy na grubej tarce, mieszamy i dodajemy łyżkę mąki ziemniaczanej. Smarujemy blachę oliwą lub masłem, układamy grube okrągłe placki, wielkości talerza deserowego, solimy i wstawiamy do nagrzanego piekarnika (180 stopni) na co najmniej pół godziny. Placek musi być z obu stron rumiany i ścisły.
 
Do masy ziemniaczanej można dodać drobno posiekaną cebulę, utartą cukinię lub podsmażony boczek. Ale to wszystko warianty. Klasyczny placek Rösti to tylko ziemniaki i nic więcej. Jeść jako potrawę samodzielną, posypane z serem, ze smażonymi kiełbaskami lub jako dodatek do mięsa.   
wtorek, 27 marca 2012

Wbrew pozorom nie chodzi mi o to, że jeśli gotujemy, to jemy smaczniej, zdrowiej i taniej, a jeśli chcemy, to również łatwiej możemy zwracać uwagę na różne ekologiczne zasady produkcji żywności. Chodzi mi o wymianę umiejętności. Każda z nas wypracowała już na pewno różne życiowe strategie, które najprościej można określić "coś za coś".

Niewątpliwie podstawową strategią mojego życia było to, że umiem coś i mogę za to dostać coś innego. Dużą rolę w tych strategiach odgrywało jedzenie. Wspominałam już kiedyś, że umiałam pisać podania do różnych komunistycznych urzędów i żądałam za te usługi jadła i napoju. Dostawałam więc rydze, konfitury z poziomek, kawałki dziczego combra...
Poprawiałam książki mojego ojca i przepisywałam je na maszynie, za co dostawałam codziennie litr mleka i torbę bułek. Tak, bo był taki czas, że przynoszono do domu również bułki. Bułek możecie nie pamiętać, ale musicie pamiętać mleko. W butelkach z kapslami srebrnymi (chude) i złotymi (tłuste). Gdy brał mróz, butelki czasem zamarzały i pfoto Karsten H.ękały, a na schodach stało samo mleko. Czasem zbierałam kapsle i szyłam z nich zbroje dla syna.

Ale wymiany usług z udziałem kulinariów odbywały się również w stronę przeciwną. Gotowałam dla malarzy i hydraulików i nie przypominam sobie, żeby mnie kiedykolwiek zawiedli. A mieliśmy na głowie rozbudowę strychu. Mąż mój wykonywał, co się dało własnymi rękami, ale zadań dla fachowców i tak była masa. Do dziś pamiętam pieczone żeberka wieprzowe, które zapewniły nam dozgonną wdzięczność szklarza. Był kawalerem, nawet nie takim starym, ale mama już nie żyła, żony nie miał
i żeberek nie jadł ze 20 lat. 

Do dziś gotuję dla tych różnych młodych ludzi, którzy od czasu do czasu muszą zajrzeć w wątpia moich komputerów, bo mogę się znać na programach, ale nie mam pojęcia o kablach i chipach.

To wszystko jest oczywiście wymianą usług kulinarnych na inne, ale kilka razy w życiu zdarzyło mi się, że moje umiejętności kulinarne zostały po prostu kupione. Byłam bardzo młodą panną, gdy pewien młody, ale jednak starszy ode mnie, kawaler postanowił urządzić rustykalne imieniny dla swoich przyjaciół. Zamówił u mnie placki ziemniaczane, sałatki i ciasto - wykonałam wszystko znakomicie,
a jako zapłatę dostałam samowar.

W wiele lat później pojechałam z Ojcem do Danii. Mieszkaliśmy w starym domu nad morzem u bardzo zamożnego chorego człowieka, który miał służącego, spełniającego funkcje kucharza, kierowcy i kamerdynera. Postać właściwie znana mi tylko z filmów, w życiu codziennym nigdy nie spotkałam nikogo takiego. I otóż kamerdyner świetnie gotował, ale nie umiał robić pierogów. A panu bogatemu pierogi śniły się po nocach. Zrobiłam mu chyba 500 pierogów ruskich, część na bieżące spożycie, część zamroziłam. Urobiłam się po łokcie, a w zamian pan zaprosił ojca i mnie do restauracji, jakiej - podobnie jak kamerdynera - w życiu nie widziałam. Kelnerzy chodzili w liberiach, jadło się srebrami, talerze pod talerze były pozłacane - no bo przecież nie złote! nie pytałam, nie wiem, ale w tyle bogactwa bym nie uwierzyła. Ale jeśli naprawdę były złote? Dostaliśmy do jedzenia między innymi owoce morza podane w ogromnej muszli tridakny. I tę muszlę pozwolono mi zabrać do domu.

wikicommons- http://eo.wikipedia.org/wiki/Dosiero:Doopvontschelp_grootste_ter_wereld.jpg
Lubię wszystkie muszle, ale tridacna gigas, największy małż na świecie, wydawała mi się zawsze nader specjalna i tajemnicza. W średniowieczu robiono z niej aspersoria - misy na wodę święconą w kościołach lub czasze fontann w pałacowych ogrodach. Za życia bywa istotą straszliwie niebezpieczną, ma bowiem bardzo silny mięsień tzw. nogi, spinającej muszlę dolną i wierzchnią, i mogła nieuważnemu poławiaczowi strzaskać rękę lub, podobno, nawet odciąć głowę.  

wiki commons thankyou

I samowar, i muszlę mam do dziś. Przyjechały ze mną na emigrację, przeprowadziły się 15 razy w Berlinie (15 jest liczbą konkretną a nie metaforyczną). I nadal są. W kolejach życiowych postradałam męża, przyjaciół, mieszkania, futra i pierścionki, a samowar i tridakna wiernie przy mnie trwają. Uważam je za wspaniałe pożytki płynące z gotowania.

Właściwie zagadkę do dzisiejszego wpisu ułożyłyście już sobie same, czytając. Wiecie, że zapytam o super książkę super pisarza czeskiego, w której pojawi się motyw złotej zastawy dla króla. A skoro i tak wiecie, to wcale nie zapytam o tę książkę, tylko o zupełnie, ale to zupełnie inną, i opisaną w niej podróż w wielkiej muszli po dnie morza! Uwaga! Była to też inna muszla, wcale nie tridakna!
Zagadkę rozwiązała Danusia: Hugh Lofting, "Podróże doktora Dolittle".

A w przepisie placki ziemniaczane.

Czasem robi się je na chanukę i wtedy nazywają się "latkes" i je się je na słodko. Dzisiejszy przepis nie jest rytualny, jest za to prosty. Najprostsze jedzenie pod słońcem. Jeszcze prostsze są tylko owoce zbierane prosto z krzaka czy drzewa.

Placki ziemniaczane z serem i kurkami

Na jedną osobę bierzemy 2 duże ziemniaki, 2 łyżki grubo utartego sera żółtego, ćwierć słoiczka kurek. Olej do smażenia placków, czosnek i masło do podduszenia kurek. Ziemniaki nie powinny być młode, bo wtedy puszczają masę soku.

Ziemniaki umyć, nie obierać, utrzeć na grubej tarce.
Na patelni rozgrzać olej (nie oliwę z oliwek!).
Utarte ziemniaki kłaść "górkami" na olej dużą łyżką, każdą "górkę" lekko rozpłaszczyć, pilnując, żeby placuszek był lekki, cienki i nieco ażurowy. Osolić. Usmażyć na rumiano. Obrócić łopatką na drugą stronę i też usmażyć na rumiano. Zdjąć placki z patelni, odsączyć na ręczniku papierowym.
Połowę placków posypać utartym żółtym serem, położyć kurki (takie ze słoika, uduszone na maśle z czosnkiem), znowu posypać serem, położyć drugi placek, lekko przycisnąć.

Najlepiej jeść natychmiast po przyrządzeniu, bo wtedy są odpowiednio chrupkie, w ostateczności można przez chwilę trzymać w nagrzanym piekarniku. Ale nie za długo!

00:33, ewamaria030
Link Komentarze (12) »
czwartek, 22 marca 2012

Księga snobówOkazuje się, że podejmuję (podejmujemy) co i rusz działania zmierzające do przypomnienia pisarzy wielkich i sławnych wcale nie tak nadzwyczaj dawno, którzy jednak teraz są w sferach poza-kurzych kompletnie nieznani. Takim pisarzem okazał się cytowany wczoraj William Makepeace Thackeray. Kury go znają, choć jak rozumiem, mniej z powodu "Księgi snobów" a bardziej przez dwie inne jego słynne książki, ale co tam - znają. To bardzo piękne!
Nota bene to pierwszy raz, że widzę po angielsku imię, jakich Niemcy i Słowianie znają mnóstwo: Makepeace. Sławomir, Wodzisław, Gottschalk, Ehrenfried, Makepeace. Rób pokój.

Dzisiejsze zadanie brzmiało: znajdźcie lub wymyślcie imię Makepeace w języku polskim. Propozycje były następujące: Spokojlew i Pokojdar, Kazimierz, Spokorobow lub Ładenty, Mirdaj lub odwrotnie Dajmir. 

A tu on sam, raz jeszcze - "Księga snobów", rozdział pierwszy. I zauważmy, dzisiejsze zadanie pasuje jak ulał do stylu, w jakim Thackeray pisał swoje powieści. Ciągle pojawiają się tam jacyś Lekkerbiss (po niemiecku: przysmak), Greengoose, że nie wspomnę o lady Smigsmag. Zresztą wczorajszy Goldmore też należy do tej kategorii.

Kiedy parę lat temu bawiłem w Konstantynopolu (w delikatnej misji: Rosjanie, mówiąc między nami, prowadzili podwójną grę i wysłanie specjalnego negocjatora stało się z naszej strony koniecznością), Lekkerbiss, pasza Rumelii i naonczas Główny Galeondżi Porty, wydał dla dyplomatów bankiet w swym letnim pałacu w Budżukder. Siedziałem po lewej ręce Galeondżiego, a przedstawiciel Rosji, hrabia de Diddlow, znajdował się po jego prawicy. Diddlow jest naprawdę wytwornym młodzieńcem: w trakcie rokowań trzykrotnie nasyłał na mnie zbirów, ale oczywiście wobec ludzi byliśmy przyjaciółmi i przywitaliśmy się w najserdeczniejszy i najbardziej czarujący sposób.

Galeondżi jest — lub raczej był, niestety!, gdyż skończył uduszony powrozem — zdecydowanym zwolennikiem starej szkoły tureckiej polityki. Jedliśmy palcami i zamiast talerzy mieliśmy kawałki chleba; jedyną innowacją, którą dopuszczał, były europejskie trunki; używał ich też z wielkim zapałem. Pochłaniał olbrzymie ilości jadła. Między innymi postawiono przed nim ogromny półmisek z jagnięciem ubranym we własną wełnę, nadzianym śliwkami, czosnkiem, asafetydą, pieprzem tureckim i innymi przyprawami: była to najwstrętniejsza mieszanina, jaką kiedykolwiek jadł lub wąchał żywy człowiek. Galeondżi objadał się tą potrawą; zwyczajem wschodnim nakładał ją swym przyjaciołom na prawo i na lewo, a natrafiwszy na szczególnie smakowity kąsek, własnoręcznie wpychał go gościom w usta.

Nigdy nie zapomnę miny biednego Diddlowa, kiedy jego ekscelencja, ukręciwszy dużą porcję potrawy w gałkę, z okrzykiem „Buk, Buk" (to bardzo dobre) wsadził Diddlowowi w gardło tę straszliwą pigułę. Zażywając ją Rosjanin łypnął okropnie oczami; połknął ją z grymasem, który zdawał się być wstępem do konwulsji, po czym schwyciwszy stojącą obok butelkę, której zawartość wziął za Sauterne'a, a która okazała się francuskim koniakiem, wypił duszkiem prawie kwartę, nim poznał swoją omyłkę. To go wykończyło: wyniesiono go z sali jadalnej ledwo żywego i położono w altance nad Bosforem, aby ochłonął.

Kiedy nadeszła moja kolej, przełknąłem swoją porcję z uśmiechem, powiedziałem Bismillah, oblizałem wargi z zadowoleniem, a gdy podano następne danie, sam ukręciłem gałkę tak zwinnie i z taką gracją wetknąłem ją w gardło starego Galeondżiego, że zdobyłem jego serce. Rosja została natychmiast odsunięta od dworu i traktat kabobanopolitański szczęśliwie podpisano. Co do Diddlowa, był on skończony: został odwołany do Petersburga, a sir Roderick Murchison widział go pracującego w kopalniach Uralu, oznaczonego numerem 3967. Nie potrzebuję chyba mówić, iż morałem tej opowieści jest, że w towarzystwie zdarza się wiele nieprzyjemnych rzeczy, które wypada przełknąć, i to z uśmiechem na twarzy.

Sądzę, że dziś już nie wolno wyśmiewać się z narodowych potraw innych krajów i ludów, chwała więc Thackerayowi, że zostawił nam ten smakowity opis, stworzony rzecz jasna w czasach, kiedy nikt jeszcze nie słyszał o PC. W historyjce owej wyjaśnienia wymaga chyba tylko asafetyda, rzeczywiście - z pozoru rzadkie świństwo. Nazywa się zresztą odpowiednio: po angielsku stinking gum, po niemiecku Stinkasant lub Teufelsdreck, a po polsku czarcie łajno lub smrodzieniec.
asafetyda

Obrazek z książki Franza Eugena Köhlera, Köhler's Medizinal-Pflanzen.

Asafetyda była zaiste kiedyś uważana za ziele lecznicze i stosowano ją na uspokojenie oraz przeciw wzdęciom, dziś jest już tylko używana w krajach orientalnych jako przyprawa. Smakuje jak cebula, ale nie szkodzi na wątrobę. I teraz tajemnicze zdanie w Wikipedii:
"W Indiach używana przez osoby, które ze względów religijnych nie spożywają cebuli lub czosnku. W Europie najczęściej stosowana w kuchni wegetariańskiej."
Brzmi dziwnie i nie ma wyjaśnienia. W jakimś blogu trafiam wreszcie na informację, że chodzi o joginów, którym nie wolno jeść cebuli ani czosnku, bo odżywiają się tylko pokarmami satwicznymi czyli łagodnymi.
Ale i tu żadnych wyjaśnień. Najwyraźniej każdy wie, tylko ja - nie. Ale internet to jednak Boska Księga. Proszę bardzo: "Wszystko w naturze, w tym także naszą dietę można skategoryzować wg trzech jakości, lub Gun: satwa (czysta), radża (pobudzająca) i tamas (rozkładająca)." Więcej tu.

Asafetyda jest satwa, czysta. Kupuje się ją w proszku, wymieszaną z mąką ryżową lub jako żywicę w blokach. Używamy jej podsmażając na patelni, z odrobiną oleju lub ghee (masła klarowanego, najlepiej z mleka jaka), a wtedy wydobędzie się z niej wspaniały aromat. Jednak trzeba uważać żeby nie przypalić, gdyż gorzknieje.

asafetyda

Przyprawione asafetydą ziemniaki z kalafiorem po indyjsku (przepis dedykuję Williamowi Makepeace Thackerayowi, który urodził się w Kalkucie)

- pół kilo ziemniaków
- średni kalafior
- 1/2  łyżeczki kuminu
- 3 cm świeżego imbiru lub 1 łyżeczka sproszkowanego
- 1 łyżeczka curry (lub kurkumy)
- szczypta chili i pieprzu, sól, pół łyżeczki gorczycy białej, ok 1/3 łyżeczki asafetydy
- olej

Obrane i umyte ziemniaki kroimy w grubą kostkę, umytego kalafiora dzielimy na różyczki, imbir drobno siekamy.
Rozgrzewamy olej na patelni, wrzucamy imbir, curry, gorczycę, asafetydę, kumin, mieszamy i chwilę smażymy. Dodajemy ziemniaki i kalafior, dobrze mieszamy, tak by warzywa pokryły się przyprawami. Smażymy 5 minut na dużym ogniu, mieszając cały czas. Przykrywamy patelnię pokrywką, zmniejszamy ogień, co pewien czas potrząsamy patelnią lub mieszamy. Smażymy do miękkości, przyprawiamy solą, chili i pieprzem, podajemy na ciepło.

PS. Dziś jest Dzień Wody!

niedziela, 22 stycznia 2012

Zaczynało się od zagadki - trzeba było podać jeden wyraz, który, jak w tytule, określi wiersz, śledzia, placki i jeszcze skojarzy się (słusznie!) z pewnym wielkim miastem.Odpowiedzi udzieliła Panna Capricorna: Moskalik!

Zgodnie z Wikipedią moskalik jest to wierszyk krótki, rymowany i dowcipny, który zawsze będzie parodią fragmentu Poloneza Kościuszki Rajnolda Suchodolskiego z 1831 roku (to ten utwór głęboko patriotyczny, gdzie wzywa się Kościuszkę, by patrzył na nas z nieba!):

Kto powiedział, że Moskale
Są to bracia dla Lechitów,
Temu pierwszy w łeb wypalę
Przed kościołem Karmelitów.

Pierwszy wers zaczyna się od sformułowania Kto powiedział, że... lub podobnego i definiuje jakąś grupę ludzi, drugi zawiera opinię na jej temat, trzeci - groźbę dla tego, kto będzie ją wygłaszał lub się z nią nie zgodzi (zależnie od kontekstu), czwarty wreszcie określi karę za takie kacerskie poglądy oraz miejsce jej realizacji (zazwyczaj kościół albo inny obiekt kościelny). Układ rymów – abab.
Pomysł tworzenia moskalików znany jest od lat 50 i zawdzięczamy go (podobno) Wisławie Szymborskiej. Ale też wszyscy wiedzą, że nasza noblistka jest osobą obdarzoną niezwykłym poczuciem humoru.

Cytowana tu już Bogna, która przed kilkoma tygodniami przypomniała między innymi limeryki na mój temat, sama chętnie parała się komponowaniem moskalików. Podesłała mi dwa, jeden o ... Marii, drugi o Małgorzacie! Myślę, że nie ma w tym podtekstów odnoszących się do znanych nam osób, ale... co my wiemy o koneksjach warszawskich?

No w razie każdym:

Kto by rzekł, że Małgorzata
Kiepską matką jest i żoną,
Klnęć, by go na stare lata
Na dzwonnicy powieszono.
                 
Kto by twierdził, że Marynka
Wypić wina nie potrafi,
Niech go zamkną w pustych skrzynkach
Za kościołem w tej parafii.

Jakiejż urody wielkiej jest w pierwszym z tych wierszyków słowo "klęć"! A tu moja skromna próbka...

Kto by rzekł, że mój moskalik
marnie o mym kunszcie świadczy,
tego zegnę jak rogalik,
tam gdzie modlą się konfratrzy. 

Bazylika Wincentego a Paulo w Bydgoszczy, kościół konfratrów

Czyli tu! Bazylika Wincentego à Paulo w Bydgoszczy, kościół konfratrów :-))

Ciocia W. oprócz wierszyków zna też śledzie o tej samej nazwie. Pisze o nich, że mają być małe i są marynowane lub solone z dodatkiem korzeni. Definicja jest o ramię roztrzasł, bo gdzie śledź solony, a gdzie marynowany, ale niech im, ciociom i wujaszkom, będzie. I tak nie lubię śledzi i żadnych przepisów tu podawać nie będę.

Ale i znajomi górale, i samać autorka owych wierszyków o Marii i Małgorzacie, bożą się, że nazwa nie od śledzia lecz od placka, bodaj czy nie ziemniaczanego. W każdym razie musi to być produkt specyficzny, skoro jakiś forumowicz pisze, że "było to coś w rodzaju zakalcowatego płaskiego placka dosyć twardego". Ale dodaje też, że pyszne. Wierzę mu, bo sama uwielbiam zakalcowate placki.

No i proszę, kto szuka, ten znajdzie. Na tym samym forum przepis na moskaliki.

"Ziemniaki się gotuje, a potem zmiele bez maszynkę. Doda się tyle mąki pszennej ile ziemniaków. Nic się nie dolewa, żadnego mleka. Jedno jajko do tego, wyrabia się w rękach na placki. Piecze się tylko na blachach kuchennych, bez żadnego tłuszczu. Na petelni nie byłoby takie smaczne. Taki placek bardzo często się w domu piecze, kiedy zostaje od obiadu, bo się nie znisczy, bo się upiecze."

Pisownia oryginalna. Ja podaję przepis za pewną Idą, ona zaś za publikacją "Niebo w gębie po góralsku". To imię to może być pseudo, bo z kolei jakiś inny forumowicz pisze, że tymiż to plackami zajadali się u Gustawa Morcinka, choć nie w "Łysku z pokładu Idy" tylko w "Czarnej Julce".

Cytowanej książki kucharskiej w sieci nie ma, ale nasza góralka z KWIKTV podawała już przepis na jajecznicę po góralsku z pokrzywą i odwoływała się do innej regionalnej książki kucharskiej:

Góralska książka kucharska

Tędy czy owędy, nieważne. W każdym bowiem razie chodziło o moskaliki. Dziękuje Pannie Capricornie, że odgadła przesłanie.

00:02, ewamaria030
Link Komentarze (11) »
piątek, 20 stycznia 2012

Fragmencik z książki Steve Sem-Sandberga „O Milenie Jesenskiej”, z krótkiego podrozdziału „Życie kawiarniane I”
„(...) Nie wystarczy jednak być wyrafinowanym psychologiem i utalentowanym aktorem, czy też pod osłoną tacy i gorsetu koszuli nieznacznym uśmiechem lub porozumiewawczym spojrzeniem zaznaczyć, że gra jest tylko grą. Bo Obern musi jeszcze wiedzieć to wszystko, co warto wiedzieć o świecie znajdującym się poza wąskim horyzontem kawiarni, i w dodatku posiadać właściwe wyczucie i ujawniać tę wiedzę tylko wtedy, gdy jest to absolutnie niezbędne (…)
To porozumienie, zakładające zachowanie obustronnej tajemnicy, było paktem, jaki każdy Obern i szatniarz zawierał z gośćmi, a poprzez nich: z całym światem, który reprezentowali (...)”

I á propos.
Nawarzone piwo serwowane w eleganckim porcelanowym pojemniku na caffe latte. To jakiś rodzaj życiowej dezorientacji, który przyjmuje się z wiarą, że zgrzytająca, a jednak tak bardzo pasująca do siebie, nieprzystawalność zdarzeń posiada – konieczne i zarazem niczego więcej nie wymagające – wyczucie smaku.
Zaczęłam zastanawiać się, ile już kaw w życiu wyłożyłam na ławę. Do tego wystarczyło przypomnieć sobie usłyszane chrząknięcia, skrzypienie podłogi (od stóp przebiegających  nerwowo w tę i z powrotem). I ciszę. Prostą i zmieszaną jak wywar w emaliowanym garnku. Wystarczyło przypomnieć sobie oczy jak pięciozłotówki, które błyszczą pozostawione w zamian za rachunki w kawiarni jednego dnia. I brnąć w to dalej, z przyjemnością. W ulubiony smak lodów waniliowych, zimnych i słodkich. Słodycz kojarzy się z ciepłem. Więc podana na zimno dołącza do szeregu klasycznych paradoksów kuchennych. Ale te paradoksy (czasem nawet wytrawne) utykają nam często w gardle. Czegoś za dużo, czegoś za mało i w końcu trudno przełknąć je do końca. Z rozkoszą przyjmujemy smak, ale prawda tego smaku pozostaje na talerzu wyłuskana starannie jak ości. To, że cieszymy się chwilą, to tylko jeden z wielu słusznych życiowych wyborów. Gdyby jednak naprawdę zamieszkać w kuchni, wtedy mogłoby okazać się jak słabo kuchnię od kuchni znamy (siebie od strony naszych pragnień wynikających z określonych upodobań co do smaku). Co nie zmienia faktu, że jej istotą zawsze będzie przemiana życia (materii) w pokarm. A potem odsączanie z tego pokarmu energii psychicznej – a więc radości spożywania.
Jednak czynności instynktowne zaczynają się w doświadczeniu przedkuchennym.
W zbieraniu kartofli i struganiu z nich ziemniaczanych domków, małych pieczarek dla najgłębszych przedobiednich niepokojów. Wychodzą z tego surowe placuszki podawane na złotej tacy razem z popołudniem, które jak zawsze – permanente al dente.

Capricorna

I co? Ziemniaki czy makaron? Bo to się wyklucza, ziemniaki al dente są po prostu zadębiałe, sine i twarde, makaron nie al dente to straszna potworna papka, nie od przełknięcia. Pisarka Capricorna załatwia tym tytułem całą pointę opowiadania. Ale administratorka bloga chciałaby tu dodać jednak jakiś przepis. Weźmy zatem ziemniaki. Np. te tu. Wysypane przed chałupą gdzieś w omskiej "obłasti".

Góra ziemniaków na wsi syberyjskie, w omskiej

Ziemniaki po nelsońsku

Potrawę przygotowuje się z dnia na dzień.

Potrzebujemy: kilo ziemniaków, 8 jajek, 10 deka grzybów suszonych i 20 deka boczku.

Pierwszego dnia: Ugotować ziemniaki w mundurkach. Powinny być równej wielkości i (jak się trafi) takie, które się nie rozpadną. Odstawić, pamiętając, żeby koniecznie odlać wodę.
10 deka grzybów suszonych namoczyć przez noc.
Następnego dnia ugotować grzyby i pamiętać, żeby, Boże broń, nie odlewać wody!
Ziemniaki obrać i pokroić w poprzek na grube plastry.
8 jajek ugotować na twardo, ostudzić, obrać, pokroić w poprzeczne plastry.
20 deka boczku lub tłustej szynki albo od razu kupić w plasterkach, albo pokroić ostrym nożem na cienkie plastry.
To jest najpaskudniejsza część zadania, bo boczek się potwornie kroi.

Naczynie żaroodporne wyłożyć plasterkami boczku - nie tylko dno, ale również ścianki. Układać warstwami ziemniaki, grzyby i jajka, doprawiając każdą warstwę solą i pieprzem. Powinny wyjść co najmniej dwie warstwy każdego składnika.

Na wierzchu położyć trzecią i ostatnią warstwę ziemniaków i kilka plasterków boczku. Całość zalać szklanką słodkiej śmietanki wymieszanej z wodą od gotowania grzybów.

Wstawić do piekarnika, piec w temperaturze 180-200 stopni, gdy boczek zacznie się rumienić - przykryć pokrywą.

Wegetarianie mogą tę potrawę zrobić bez boczku, smarując naczynie oliwą, ale uczciwie informuję, że smak ziemniaków po nelsońsku bardzo na tym traci. Weganie niech nawet nie próbują tego robić, bo wszelkie mleka sojowe, ryżowe i inne jako namiastki śmietany dają w smaku paskudny sos. Przy okazji dodam, że zbożowe namiastki mleka świetnie nadają się do naleśników i ciast, a do sosów i kawy - nie! Do kawy najlepsze jest mleko migdałowe.   

Potrawa jest najpyszniejsza pod słońcem, a następnego dnia przechodzi nawet ten superlatyw. Podjadaczy informuję, że dobra jest też na zimno, wyjadana ukradkiem łyżkami. 


Nie było zagadki, poprosiłam za to o wyszperanie w zapiskach, zakamarkach rodzinnej pamięci bądź u cioci Wiki, dlaczego biedny Nelson odpowiada nie tylko za Trafalgar, ale również za wszelkie dania z suszonymi grzybami (np. zrazy po melsońsku, wątróbka po nelsońsku)? Odpowiedzi bardzo szczegółowej udzieliła Subtelna Spryciara - patrz pierwszy komentarz pod wpisem. Dużo i nadzwyczaj ciekawie!

sobota, 24 grudnia 2011

Gdy kilka lat temu pojechałam na święta do Izraela, wszędzie na ulicach spotykałam młodych ludzi, którzy rozdawali przechodniom lepkie od lukru pączki, a na dachu Knessetu w ogromnym świeczniku co dzień zapalano jedną lampkę oliwną więcej. W tym roku jest podobnie. Chanuka to święto żydowskie trwające osiem dni, zaczynające się 25 dnia miesiąca kislew. Upamiętnia zwycięstwo powstania Machabeuszy przeciwko perskim, a właściwie helleńskim, Seleucydom w roku 164 pne. Persowie zbeszcześcili Świątynię i zakazali odprawiania obrzędów żydowskich. Po zwycięstwie trzeba było poświęcić Świątynię, paląc w niej rytualnie czystą oliwę. Niestety w całym Mieście było tylko troszeczkę takiej oliwy, a aby oczyścić nową, trzeba było ośmiu dni. I zdarzył się cud - bo owa odrobina oliwy paliła się przez cały czas czyli przez osiem dni. Na pamiątkę tego zdarzenia w święto świateł w każdym żydowskim domu i mieście, w synagogach, sklepach i urzędach pali się światełka, co dzień o jedno więcej. I je się słodkie potrawy smażone na oliwie - tradycyjnie powinny to być "latkes" czyli nasze polskie "ołatki", co w tradycji żydowskiej oznacza pulchne placki ziemniaczane, a w polskiej małe bliny czy racuszki z jabłkami, ale mogą to też być pączki lub naleśniki z serem.  

Dla niereligijnych Żydów chanuka to świeckie święto, coś w rodzaju żydowskiego Bożego Narodzenia lub Mikołaja - dzieciom daje się w prezencie drobne pieniądze lub słodycze. Zwyczajowo podczas chanuki uprawia się hazard - dorośli grają w karty o pieniądze, dzieci w tzw. drejdla (coś w rodzaju bączka z napisami), gdzie stawką są czekoladki imitujące monety.

wikipedia commons thank you

Podaję przepis na latkes czyli placki ziemniaczane, bo przepis na racuszki z jabłkami już na Kurze był

Latkes

- 10 ziemniaków
- 1 marchewka
- 1 duża cebula
- 3 ząbki czosnku
- 2 łyżki mąki razowej
- 1 łyżka płatków owsianych
- 2 jajka
- pieprz
- pieprz ziołowy
- sól
- łyżeczka proszku do pieczenia

Warzywa obrać. Marchewkę i ziemniaki utrzeć na drobnej tarce. Dodać drobniutko posiekane czosnek i cebulę, mąkę, płatki, przyprawy oraz jajka, dokładnie wymieszać. Smażyć na patelni na dobrze rozgrzanej oliwie, "na złoto". Usmażone placki odsączyć z nadmiaru tłuszczu na ręcznikach papierowych. Podawać ciepłe, ze śmietaną i cukrem.

creativ commons thank you for sharing

Z mym chanukowym pobytem w Izraelu łączą się dwie opowieści - obie charakteryzują zarówno mnie jak Izrael.

Leciałam do Tel Avivu prywatnym samolotem, który wozi(ł) pobożnych Żydów do kasyna na greckiej wyspie Rodos (o tej wyspie będzie jutro więcej). Podobno Żydzi lubią gry hazardowe i to wcale nie takie niewinne jak na chanukę czy gry na automatach, lecz - ostry hazard. Podobno religia im tego zabrania i w Izraelu nie ma kasyn. Podobno w różnych krajach lokuje się kasyna nastawione przede wszystkim na żydowską klientelę. Podobno właściciele tych kasyn kasują kasę. No tak. Podobno od kilku lat konkurencję dla kasyn na Rodos czy w Budapeszcie są podobne przybytki w Autonomii Palestyńskiej. O wszystkim tym piszę, że "podobno", bo tak mi opowiadano, ale nie sprawdzałam. Natomiast sprawdziłam, jak się leci w chanukę kasynowym samolotem do Izraela. Przedziwnie. Cały samolot pełen wytwornie odzianych kobiet w średnim (hmmm) wieku i hałaśliwych tęgich mężczyzn. Wszyscy mają wielkie walizy, a w nich masę wytwornych strojów. A w tym rozgardiaszu ja - chuda Polka w bojówkach i z maleńkim plecaczkiem. Co gorsza mam bilet tylko w jedną stronę, powrotny dostanę w Tel Avivie. Wszyscy patrzą na mnie jak na raroga, a izraelska służba bezpieczeństwa na lotnisku na Rodos (tak tak, izraelska a nie grecka!) na mój widok dostaje piany na pysku. Wszyscy siedzą w samolocie, a mnie ciągle prześwietlają, rozbierają, zaglądają, czy nie mam szpilek schowanych we włosach lub skarpetkach. Przeszukują i przesłuchują. A co? A dlaczego? A skąd? A po co? Po godzinie przysyłają nową osobę, kobietę. Przygląda mi się uważnie i pyta, jakie mamy święto? Chanukę, odpowiadam. Co jadłaś dziś na obiad? Latkes z jabłkami. Był to po prawdzie przypadek, ale była to też najprawdziwsza prawda. Kobieta oddaje mi buty, skarpetki i paszport. Możemy lecieć.

Idę w Jerozolimie do Mea Shearim, dzielnicy ortodoksyjnych Żydów. Mam na głowie chusteczkę i ubrałam się w długi płaszcz, wydaje mi się, że to odpowiedni strój, żeby przejść przez kilka ulic, wejść do restauracyjki, zjeść latkes i wrócić do normalnego świata. Nie gapię się na nikogo, nie fotografuję, idę, jak przystało kobiecie, patrząc raczej pod nogi lub na boki, a nie nie ludzi. Mimo to czuję i widzę, że przechodnie patrzą na mnie z nienawiścią. 

Wieczorem opowiadam o tym znajomemu. To właściciel kasyna na Rodos i owej lini lotniczej, którą przyleciałam; to on opowiedział mi to wszystko, co powyżej napisałam w zdaniach ze słowem "podobno". Jak byłaś ubrana? pyta. Tak jak teraz. Byłaś w spodniach? Głos mojego znajomego jest pełen najwyższego zdumienia. Nie mam ze sobą innych ciuchów, a poza tym mam przecież na sobie długi płaszcz, wystają tylko kawałki nogawek. Avi kręci głową. Masz szczęście, mówi, że jest chanuka. Dlaczego? Bo pobożny Żyd w święto nie pracuje. Gdyby nie chanuka, obrzucono by cię kamieniami.

Długi wpis mi wyszedł. Nie zmieszczę już Wigilii i jakoś nie mam dziś nastroju na zagadki. Ale życzę Wam wszystkim moje Panny Mężatki, Rozwódki, Córki, Siostry, Ciotuchny, Babcie, Wnuczki, Przyjaciółki i Siostrzenice, w wersjach damskich i męskich wszystkich tych funkcji i ról społecznych, aby Wigilia była dla Was w tym roku najpiękniejszym dniem Szczęścia i Miłości. Niech czuwają nad Wami Anioły chrześcijańskie, żydowskie, muzułmańskie, hinduskie, buddyjskie, japońskie i indiańskie...

Niech się święci!

Niech się świeci! 

Niech się szczęści! 

dziękujemy pani / pannie matyjaszczuk i zapraszamy do korzystania z naszych zdjęć

niedziela, 11 grudnia 2011

Mężczyzna w pudrowanej peruce uśmiecha się do nas z portretu. Jest w tym uśmiechu pewność siebie i własnych osiągnięć. A może raczej przekora i poczucie humoru? Albo świadomość, że świat należy brać niezbyt poważnie, tak jak na to zasłużył?

Karol Linneusz (szw. Carl von Linné, łac. Carolus Linnaeus) urodził się 23 maja 1707 w Råshult, zmarł 10 stycznia 1778 w Uppsali. Z wykształcenia medyk, z powołania przyrodnik, był profesorem uniwersytetu w Uppsali. Zmienił naszą optykę przyrody, wprowadził do niej systemowy ład i porządek, które obowiązują nas do dziś. O jego dokonaniach i zasługach możemy sobie poczytać w encyklopediach, ale w tej chwili – do porannej lektury przy pierwszej kawie – niech nam wystarczy ten uśmiech, który mówi o żywym człowieku. Pomniki i posągi nam tego nie powiedzą, nic więc dziwnego, że  nikt się tego nie domyśla. Bo Linneusz był skory do psot i złośliwych kawałów. Był też uparty, tak romantycznie uparty. A to oznacza wytrwałość w uczuciach i wierność.

Foto Kattinka  Foto Kattinka

Od dziecka interesował się przyrodą, obserwował i badał rośliny. Przejął to od ojca, który był zamiłowanym ogrodnikiem. Karol nie poszedł w ślady taty pastora, nie zamierzał też jak on do końca życia siać marchewki w przydomowym ogródku, chociaż rodzinne przekazy mówią, że gdy w dzieciństwie chłopiec płakał, uspokajały go kwiaty, które dawano mu do rączki. Gdy skończył 20 lat, czyli w roku 1727, podjął studia medyczne na uniwersytecie w Lund, by po roku przenieść się do Uppsali. Żeby dorobić, załatwił sobie pracę ogrodnika w uczelnianym ogrodzie botanicznym, co mu się miało w przyszłości bardzo przydać; botanika wchodziła wówczas w zakres kształcenia lekarzy, zioła wykorzystywano bowiem w leczeniu.

Foto Kattinka Foto Kattinka

W 1732 roku Linneusz wyruszył na samotną wyprawę po Laponii. W ciągu sześciu miesięcy przebył ponad 2 tysiące kilometrów – na piechotę lub konno. Zebrał i opisał wiele gatunków roślin, w tym sto dotychczas nie znanych - miał ze sobą zapas papieru do suszenia i pakowania zebranych okazów. Przez cały czas notował wrażenia i obserwacje. Podobno podczas tej wyprawy młody uczony doznał olśnienia. Otóż, obserwując żuchwę swego konia, zanotował: „Gdybym wiedział, ile i jakich zębów ma każde zwierzę, i jak wiele sutków i gdzie umiejscowionych, może wówczas w naturalny sposób mógłbym opracować systematykę dla wszystkich czworonogów.”  Jakże wielka wnikliwość i dalekowzroczność, które miały w sposób istotny zaważyć na całej nauce. Trzydzieści siedem lat później przyjdzie na świat inny wielki przyrodnik i podróżnik, równie wnikliwy obserwator natury jak Linneusz…  Och, Panny przecież wiedzą, o kim myślę, prawda?

Wiedzą wiedzą, to ten o którym Sean O'Casey pisze, że wpuścił małpę na salony, a ta zaczęła wtykać paniom łapy pod spódnice!

Foto Kattinka  Foto Kattinka

Wróćmy jednak do naszego dzisiejszego bohatera. Kroniki milczą o tym, jak się wtedy podróżowało, ale my mamy dość wyobraźni, by odpowiedzieć na to pytanie – długo i niewygodnie. A w Laponii jeszcze – zimno. I do siedzib ludzkich, gdzie można by otrzymać miskę ciepłej strawy – daleko. Musiała to być niezwykła przygoda. Dzisiaj zabawne może się wydawać, że Linneusz z powagą opisuje przypadek kobiety, która twierdziła, iż ma w brzuchu trzy żaby, które na wiosnę wyraźnie rechocą. Nie zastosowała się jednak do zaleconej przez młodego medyka kuracji – wypicia ciekłego dziegciu, lecz wolała kurować się wódką, która na żaby miała kojący wpływ, przynajmniej tak twierdziła zainteresowana.

Foto Kattinka

Podczas drugiej wyprawy do Laponii, dwa lata później, tym razem z wizytą u rodziny Clausa Sohlberga, którego poznał w Uppsali, Karol L. zakochał się w Sarze Elizabeth Moraeus, córce lekarza z Falun. Jak chce legenda, poprosił natychmiast o jej rękę, jednak przyszły teść postawił twardy warunek: młody człowiek musi najpierw zrobić doktorat, by mieć stałe i pewne źródło utrzymania. Linneusz opuścił Laponię, ale obiecał Sarze, że wróci. Wyjechał do Holandii. Uniwersytet w Harderwijk w owych czasach znany był z dość specyficznej procedury przyznawania tytułów naukowych. W przypadku Linneusza wyglądało to tak: po przedstawieniu napisanej wcześniej, jeszcze w Szwecji, rozprawy na temat malarii, już w tydzień później przystąpił do publicznej obrony. Następnie zdał egzaminy ustne i zdiagnozował w obecności szacownej komisji jednego pacjenta. Nie minęły dwa tygodnie, gdy uzyskał tytuł doktora nauk medycznych. Miał wówczas 28 lat.

Powrót Linneusza do Szwecji jednak się opóźnił, gdyż w Holandii udało mu się zaprzyjaźnić z kilkoma bogatymi ludźmi, którzy sfinansowali wydanie jego życiowego dzieła "Systema Naturae". Zawierało podstawy stworzonego przez niego systemu klasyfikacji organizmów, wyjaśniało zasadę dwuimiennego nazewnictwa biologicznego, a także klasyfikacji minerałów. Z czasem dzieło zostało jeszcze rozbudowywane, by ostatecznie, w 1770 roku, niemal u schyłku życia autora, osiągnąć objętość ok. 1400 stron.

A tymczasem co z Sarą? Karol ukończył studia, osiągnął nawet pewien sukces. Nim jednak powrócił do narzeczonej, zwiedził jeszcze Paryż i Londyn, spotykał się z przyrodnikami i kolekcjonerami, z którymi dyskutował o systematyce roślin, pracował też w różnych ogrodach botanicznych w Holandii, gdzie wydał kilka prac naukowych. Wreszcie, w 1738 roku, już jako znany naukowiec, powrócił do Szwecji. I w końcu, tak, ożenił się z Sarą Moraeus. Czyż to nie romantyczna historia o wierności i czekaniu?

Młody doktor otworzył praktykę medyczną w Sztokholmie. Mając 35 lat, został profesorem na Uniwersytecie w Uppsali, był też pierwszym prezesem Królewskiej Akademii Nauk (choć to podobno był łut szczęścia – wyboru dokonano przez losowanie). Król nadał mu Order Gwiazdy Polarnej i tytuł szlachecki, powierzył mu też  funkcję lekarza dworu królewskiego.

Jest autorem dzieła Systema Naturae. Opisał około 7700 gatunków roślin i 4162 gatunki zwierząt (obecnie oznacza się je skrótem "L." za nazwą łacińską taksonu). Stworzony przez niego system, choć był sztuczny, stał się podwaliną współczesnej taksonomii. Początkowo był kreacjonistą, uważał, że wszystkie istniejące gatunki zostały stworzone równocześnie. Pod koniec życia dopuszczał możliwość powstawania nowych gatunków wskutek krzyżowania się istniejących już form życia. Jan Jakub Rousseau stwierdził, iż nie znał większego człowieka na ziemi. Goethe napisał: „Poza Szekspirem i Spinozą nikt nie miał na mnie większego wpływu”.  A August Strindberg: „Linneusz był w rzeczywistości poetą, który przez przypadek stał się naturalistą”. Carl von Linné. Książę botaników. Pliniusz Północy. Drugi Adam. Jeden z najważniejszych i najbardziej uznanych uczonych nowożytnej Europy.

Pomniki i posągi, zasługi, tytuły i portrety. Spoglądam na uśmiechniętego mężczyznę w białej peruce. Podobno jego szlachecka mość pan Karol nie znosił najmniejszej krytyki, a miał szczególny sposób dokuczenia swoim adwersarzom naukowym. Pewnemu niepozornemu gatunkowi chwastu nadał łacińską nazwę Siegesbeckia – od nazwiska Johanna Siegesbecka, który ośmielił się mieć inne zdanie niż on. Georges'a Buffona ukarał nadając jego nazwisko ropusze (łac. Bufo), a całej rodzinie ropuchowatych (Bufonidae). Brzydko, prawda? Tym bardziej, że jak wtedy, tak i dziś ropuchy, z nieznanych bliżej powodów, uznajemy za obrzydliwe... Przez lata na niedzielne msze święte chadzał ze swoim ulubionym psem Pompe. Dokładnie po upływie godziny wstawał i wychodził z kościoła, i to niezależnie od tego, czy nabożeństwo się skończyło, czy też nie.

Linneusz w białej peruce z kwiatkiem Linnaea w dłoni

linnea borealis - thank you for sharing!

Z mojej pierwszej wyprawy do Szwecji przed wielu laty zapamiętałam nazwę jednego jedynego kwiatu: Linnaea borealis. Nie wiedziałam wtedy, że była to ulubiona roślina Karola Linneusza…

PS. Mam wielki żal do polskich botaników: Linnaea borealis to po polsku zimoziół północny. Nie można było wymyślić ładniejszej nazwy?

Ciekawe, jak myśli sióstr chodzą wspólnymi drogami. Byłam ostatnio bardzo chora (już nie jestem) i nikt do końca nie wiedział, co mi jest. Lekarze podsuwali więc różne pomysły diagnostyczne, z których jeden nazywał się Morbus Krohn. Ja wiem, morbus to po łacinie choroba, a Krohn to facet, który ją zdefiniował (brrrr), tym niemniej nazwa brzmiała strasznie, a ja myślałam sobie, że napiszę taką bajkę o paskudnym czarnoksiężniku, który nazywa się Morbus Krohn i który porwał księżniczkę Coronę Borealis. To oczywiście Zorza Polarna. Ale jej młodsza siostra siostra na pewno miała na imię Linnaea Borealis.

Kawa, śniadanie…  A co na lunch?

Z tamtej mojej pierwszej wyprawy do Szwecji – oprócz wspaniałego pieczywa, które wypiekał piekarz Kalle, zapamiętałam prostą potrawę, którą często jadaliśmy na lunch. Nie pamiętam, czy miała nazwę, nazwijmy ją zatem „ziemniakami z kraju Linneusza”.

Ziemniaki z kraju Linneusza robi się tak:

Ugotowane ziemniaki kroimy w grube plastry, cebulę kroimy w talarki, a boczek wędzony w kostkę. Wszystko smażymy na patelni, gdy się przyrumieni, dodajemy ugotowane na twardo i pokrojone w grubą kostkę jajka. Sól i pieprz do smaku.

Szwedzi do posiłków piją (pijali przed laty?) czystą wodę. Ale ja wolę gorącą herbatę – w szwedzkiej filiżance z białej porcelany z niebieskim wzorem, który przedstawia wprawdzie winne grono, jednak nazywa się „Blå Blum” – gdyż, podobno, Szwedom wzór skojarzył się z kwiatkiem, a nie z winnym gronem, którego nie znali.

blu blom - thanks a lot! It was difficult to find anything from this serie blu blom - thanks a lot! It was difficult to find anything from this serie

Zagadka: Było tak: myśliciele oświecenia jeszcze myśleli, a w modę wchodziły loty balonem i spirytyzm. Nadciągał wiek pary i elektryczności. Goethe wciąż jeszcze bronił teorii o zimnym wnętrzu ziemi. Biały Dom właśnie malowano na biało. Europą wstrząsały wojny napoleońskie... Zagadkę zacznę od parafrazy: "Każdy opisuje świat, jak może, obywatelu redaktorze".
Ktoś postanowił opisać świat, a wiele lat i pokoleń potem ktoś inny zabrał się do dzieła i to opisywanie - po swojemu opisał. I teraz zachowam się jak Niespieszna i Żona Oburzona razem wzięte - nic więcej nie powiem, niech Panny same się domyślą, o kogo i o jaką książkę chodzi :-)
Odpowiedzi udzieliła Danusia - Daniel Kehlmann "Rachuba świata". Tym samym Kehlmann  zyskał już pełne prawo do miejsca w lekturach Kury.
Tagi: ziemniaki
00:48, ewamaria030
Link Komentarze (23) »
sobota, 19 listopada 2011

Fragmenty wydanej przed kilku laty powieści Viktorii Korb pod tytułem "śmierć naukowca". Viktoria pojawiła się już w blogu i podsunęła nam piękny pomysł z "kur-kumą".

"Bimber zdecydował, że musi zająć się w tempie przyśpieszonym zaproszeniami. Żona dawno zestawiła listę gości i zaprosiła liczne przyjaciółki. Jeśli się nie pospieszy, przyjdą prawie same samotne damy albo, co gorsza, niezamężne matki. To żadna frajda. Poza tym musi przecież pielęgnować swoje kontakty. A więc, westchnął, najwyższy czas zaprosić znowu adwokata, oczywiście też doradcę podatkowego, no i nie zapomnieć o lekarzu. No i do tego aptekarza, koniecznie, ten bowiem przymyka czasem oko, gdy Bimber chce szybko zdobyć antybiotyk bez recepty. Chwała Bogu, wszyscy mieszkają za rogiem i mogą się dzięki temu nawet uchlać bez obawy przed wszędobylską policją.

Rzucił okiem na swą listę. Musiał przyznać z żalem, że wygląda dość monotonnie. Warto by zaprosić jakiegoś cudzoziemca i zademonstrować przy tej okazji otwartość na świat i tolerancję. Zaczął nerwowo wertować wielki zielony kalendarz, aż rzuciło mu się w oczy kilka wielokrotnie przekreślanych i wpisanych na nowo adresów. Ach, to Gloria Kosz. Widział ją zaledwie dwa razy od czasu jej powrotu z wieloletniej pracy dla ONZ w Indonezji, na Filipinach i w Genewie. Mimo że według paszportu już od dawna była Niemką, dla niego pozostała nadal Polką. Wprawdzie od czasu „polskiego rynku” w Berlinie Polacy nie byli już modni w dobrym towarzystwie, przemknęło mu przez głowę, ale Gloria pozostała nadal egzotyczna. Zresztą może znowu wejdą w modę – Polska została teraz przecież nowym sąsiadem całych Niemiec.
Znowu zdał sobie ze smutkiem sprawę z tego, jak usypiająco nudne były jego przyjęcia. Od dwudziestu lat ci sami przyjaciele, do których w miarę upływu czasu dobijało coraz więcej doradców we wszystkich dziedzinach życia. I nic się wśród nich nie działo, wieczne małżeństwa oraz kilkoro singli z odzysku. Ci chociaż ożywiali trochę atmosferę, prowokując ciągle te same żarty ze strony towarzystwa, a mianowicie pytanie, kiedy znów zawrą związki małżeńskie. I od czasu do czasu jakiś rozwód czy awans dawał powód do plotek.

Tak, Gloria to świetny pomysł, pomyślał Hugo. Zaraz do niej zadzwoni. Gdy sięgnął po telefon komórkowy, dojrzał z przerażeniem przez uchylone drzwi, że kartoflanka, którą gotował jak zwykle w niedzielę, zalewa płytę kuchenną. Celem tego pichcenia było głównie udowodnienie Gunduli, że jest wyemancypowanym mężczyzną. W przeciwnym razie poczułaby się sfrustrowaną kurą domową i zatruwałaby mu życie. Tymczasem ta prosta demonstracja jego udziału w gospodarstwie zadawalała ją, chociaż czuła w głębi ducha, że był to tylko symboliczny rytuał. Wystarczał jednak do chwalenia się jego gotowaniem przed przyjaciółmi, a więc spełniał godnie swoją rolę.
Pognał do kuchni z komórką w ręku, zmniejszył gaz i zaczął mieszać, przy czym telefon wylądował w kipiącym garnku i zaczął przeraźliwie kwiczeć. Hm, co dzieje się z ugotowaną komórką, zastanawiał się, próbując jednocześnie wyłowić ją, z wrzątku. Tego na pewno nie znajdzie w instrukcjach obsługi w żadnym z licznych języków, łącznie z japońskim. A co z zupą, w której gotował się komórkowiec? Tej zagadki z kolei na pewno nie rozwiąże żadna książka kucharska. Może powinien zapytać żonę, jest przecież bardziej doświadczoną kucharką niż on, kucharz od święta. Tak, ale wtedy musiałby ewentualnie gotować to zupsko od nowa i na to nie miał zaiste ochoty.
Wrócił do listy gości. Może jeszcze dodać jakiegoś artystę? Przydałby się ktoś z bohemy, ale nie jakiś wygłodzony artycha czy stary hippie, który chciałby się tylko nażreć, a potem może pożyczyć od niego pieniądze albo zacząć go nachodzić bez zaproszenia i siedzieć do ostatniej kropli wina.

O, Eckel, poskromiony malarz. W zasadzie bohema, ale dobrze wytresowany i obliczalny, chociaż niezły narcyz. Ale w końcu po to jest artystą. Aha, i nie wolno zapomnieć o rewanżu, niedawno był na kolacji u profesora ekonomii z Instytutu Europy Wschodniej. Jak on się do cholery nazywał? Aha, Udo Knarsch. Tak, wypadałoby go zaprosić, do tego sprawia wrażenie, jakby mógł zostać jego pacjentem. Coraz trudniej było ich znaleźć. Na zaburzenia potencji, jego specjalność, zamiast wieloletniej psychoanalizy prawie wszyscy brali teraz afrodyzjaki. A co gorsza, jak przeczytał w amerykańskiej prasie fachowej, odkryto właśnie nowe lekarstwo przeciwko anginie pectoris – viagrę. Niespodziewanie okazało się, że ma ono też fantastyczne działanie na męską potencję! Miliony mężczyzn czekały tęsknie na dopuszczenie go do handlu, a w kilku krajach można już było nabyć je na czarnym rynku. Co do drugiej specjalności Hugo, przedwczesnej ejakulacji i problemów z orgazmem, to pokolenie byłych studenckich rewolucjonistów, też obyczajowych, z 1968 roku po prostu chodziło na kurwy. W ten sposób nie musieli starać się o kobiety i mogli zostawić wszystkie swe zahamowania za drzwiami – przecież płacili...
Był to logiczny, acz niezamierzony skutek ich ideologii, że trwałe związki damsko-męskie ucieleśniają mechanizm mieszczańskiego ucisku. Oni przecież zawsze sławili wolny seks, bez takich obciążeń jak poznawanie się i witanie potem podczas przypadkowych spotkań. Dzieci Marksa i coca-coli stały się coraz bardziej dziećmi coca-coli i burdeli. Bez Marksa, pomyślał gorzko... Ale Knarsch wyglądał na dobry przypadek – był trochę starszy i ledwie tknięty ideologią ‘68, do tego ciągle z tą samą żoną. Niewątpliwie dobry kandydat na podwójną terapię – zarówno na impotencję, jak i na problemy z orgazmem.
Hugo sięgnął uradowany po telefon – tym razem normalny.

Goście pojawiali się stopniowo, tylko Glorii ciągle jeszcze nie było. Socjalistyczna księżniczka, zadrwiła w myślach Gundula Bimber.
Gdy wypili po kilka drinków, adwokat Knut Wigor zauważył:
– Gdzie jest ta Gloria? Dochodzi już dziewiąta. A tak byłem jej ciekaw!
– Czyżby myślał pan o ponownym ożenku? – zapytała z lubieżnym uśmieszkiem Erdmuthe von Kupke, żona lekarza domowego Bimberów.
– Ach, moja droga, jak można zadawać tak intymne pytania? – silił się na dowcip jej mąż Balthasar. Jednak te żarty nie bawiły nawet jego samego, cierpiał bowiem na lekką depresję. Od czasu wypadku na motocyklu po pijanemu miał tik w twarzy i ogromne spiczaste uszy z silikonu. Tworzyły one zaskakujący kontrast z jego rzadkimi, rudawymi włosami i nadawały jego twarzy przedziwny wyraz. Prawdę mówiąc przypominał nietoperza, co nastrajało smutno i jego, i małżonkę. Właściwie w znośnym nastroju utrzymywał ich tylko ukochany jamnik Pipi
Także Knut Wegor zrobił dziwny grymas, próbując z rozpaczą rozluźnić towarzystwo:
– Ależ pańska droga małżonka ma na myśli tylko moje dobro. Niestety muszę ją rozczarować, jako prawnik nigdy w życiu bym się nie ożenił ponownie. Wiem, czym to grozi – wspólny majątek, wieczna odpowiedzialność. Oszczędności podatkowe nie są tego warte.
– Tak łatwo bym z nich nie rezygnował – oburzył się doradca podatkowy Artur Nudnik. – A rozwód nie jest zbyt drogi, jeśli ma się dobrych doradców.
– To dotyczy wszelkich spraw, dlatego mam was za przyjaciół, moi drodzy – zwrócił się do nich entuzjastycznie Hugo, głaszcząc przy tym swe długie siwe włosy i brodę, co sprawiało, że przypominał Karola Marksa. – Nie potrafię sobie wyobrazić, jak można by tu inaczej przeżyć.
– Na przykład dzięki stabilnemu związkowi małżeńskiemu. Niech pan weźmie przykład z nas, trwamy w nim już ponad trzydzieści lat – odrzekła pulchna niebieskooka farbowana blondyna z warkoczami upiętym na czubku głowy, Rosalinda Knarsch. Wydawała się folgować modnemu hasłu „Niemiecka kobieta nosi znów warkocze” i spoglądała teraz prowokacyjnie na swego małżonka.
– Tak, to niewątpliwie najlepsze rozwiązanie – przytaknął gorliwie. – Także dla dzieci.
Hugo pomyślał z rozczarowaniem, że jednak ciężko będzie zdobyć go na pacjenta.

Odezwał się dzwonek do drzwi i do salonu wpadła wysoce podenerwowana Gloria. Najwyraźniej próbowała równie usilnie, co bezskutecznie zamienić typowy berliński szczękościsk na przyjazny uśmiech. Niestety wychodził jej tylko sztuczny grymas.
– Przepraszam najmocniej, ale właśnie prawie pobiłam się z konduktorem autobusu.
– Co się stało, że jeździsz autobusami, przecież zawsze jeździłaś samochodem? – zapytał Hugo.
Gloria zachichotała:
– Samochodem można było jeździć w starym, subwencjonowanym Berlinie Zachodnim, gdy ty sam byłeś jeszcze maoistą i szedłeś na barykady przeciw kapitalizmowi w cieniu przytulnego, antyfaszystowskiego muru.
Hugo przytaknął przy tym pięknym wspomnieniu, a Gloria perorowała dalej.
– W Neues Deutschland policja urządza łapanki na kierowców i można sobie pozwolić najwyżej na jedno piwko. A ja nie mam zamiaru spędzić całego wieczoru przy wodzie mineralnej, jak wasze szanowne małżonki, które mają zaszczyt bycia waszymi szoferami.
– A jakie problemy miała pani z komunikacją? – zapytał nieśmiało małomówny aptekarz Hajo Trawnicki.
– Dwóch kierowców zakończyło pracę w połowie trasy i zjechało do zajezdni. Trzeci z kolei zderzył się z jakimś autem, i mimo że nie było nawet śladu zadrapania, zawołał policję i wyrzucił pasażerów… Do tego zgubiłam przy tych przesiadkach bilet, a zanim zdążyłam kupić nowy, następny kierowca oświadczył, że kończy zmianę, więc myślałam, że daruje mi te dwie stacje i chciałam wziąć z powrotem pieniądze, a on ryknął: „Te pieniądze pani tu zostawi!”
– Tak więc kampania uprzejmości i szkolenia, które przyprawiły pracowników o nerwice, bo nie byli w stanie wymówić słowa „proszę”, nic nie dała – powiedział Hajo.
– Tak, tak, ostatnio przysłowiowy berliński pysk zamienił się prawie w wilczą paszczę – skonstatował Knut. – Ale dla mnie, jako prawnika, tworzy to świetny rynek, dodał i zaczął szacować Glorię od stop do głów. Zachwycił się jej nogami, powędrował oczyma po figurze, zauważył wijące się jasne włosy i zatrzymał się dłużej na jasnozielonych oczach. Nos dość długi i z garbkiem. Ale może właśnie on nadawał jej twarzy szczególny charakter?
Gloria, poczuła jego wzrok i chciała zapytać, czy nos przypadkiem nie jest za duży, ale Knut, wyraźnie zadowolony z oględzin, wyciągnął do niej rękę ze słowami:
– Pozwoli pani, jestem Knut Wegor, adwokat i notariusz.
– Bardzo mi miło – Gloria podała mu zamaszyście dłoń. – Od czasu niemieckiego zjednoczenia nie można pójść bez adwokata nawet do supermarketu. Można bez powodu zostać opieprzonym przez sprzedawców lub oskarżonym o kradzież.
– Z chęcią potowarzyszę pani w zakupach – odparł Knut. – Ze mną nic pani nie grozi. Safe shopping.
Teraz z kolei Gloria otaksowała go szybko. Wysoki, szczupły, chociaż raczej grubokościsty brunet. Nieco blady, ale to dodawało mu czegoś lekko romantycznego, a zarazem dekadenckiego. Poruszał się trochę nieporadnie, jak wielu dużych ludzi, ciągle uważając, by mieć wokół siebie dość przestrzeni i niczego nie stłuc, i schylając się ku rozmówcy. Owszem, pomyślała, można pokazać się z nim w sklepie i nie tylko...
Teraz reszta obecnych przedstawiała się, aż Gloria zakrzyknęła:
– Ach, jak pięknie, adwokat i notariusz, doradca podatkowy, doradca majątkowy, lekarz i aptekarz. Podobnie jak u Balzaka, gdy opisuje francuską prowincję. Brakuje tylko księdza. Czy gracie też w kanastę?
– Nie, będziemy teraz jeść – odparła wyraźnie poirytowana Gundula Bimber.

Gloria podeszła do stołu. Stały na nim miski z obowiązkowymi sałatkami z makaronu, kartofli i ryżu z pomarańczami. Z rozpaczą wpiła się w nie wzrokiem. Co takiego zrobiła, by zostać ukaraną zimnym makaronem, kartoflami i ryżem? I do tego jeszcze kwaśny kisiel. Nawet kanapki ze smalcem i jaja na twardo z czasów studenckich zabaw były lepsze. Także popularne wcześniej krojone kiełbasy z majonezem, zwane sałatką kiełbasianą, były bardziej jadalne.

Knut odwiózł ją do domu."

Przepisy podaję dwa, bo po tym tekście po prostu muszę je podać: na kartoflankę i na sałatkę z makaronu.

Przepis na kartoflankę wegańską podawałam już mimochodem, przy okazji pisania o tzw. zupie podstawowej, ale tu, tratatata, proszę pań...

Niemiecka Kartoflanka:

niemiecka kartoflanka z łososiem

2  cebule
500 g kartofli
1 pęczek włoszczyzny
3 łyżki smalcu (och, Niemiec się wzdrygnie, ale niech będzie – oleju)
sól i pieprz
½ litra rosołu wołowego (może być ze słoiczka)
1 łyżka mąki
125 g śmietanki
250 ml mleka
2 łyżki białego wina wytrawnego
1 pęczek koperku
4 plastry łososia wędzonego
i
1 mała paczka krewetek
albo...

Kartofle i cebulę obrać. Cebulę przekroić na pół i pociąć na cienkie plasterki. Kartofle umyć i pokroić w sporą kostkę. Włoszczyznę umyć, nie obierać, ale w razie potrzeby usunąć nieładne kawałki jarzyn. Pokroić na małe kawałki. Krążki cebuli i kartofle wrzucić do rozgrzanego tłuszczu, poddusić i po kilku minutach dodać pokrojoną włoszczyznę. Dusić ok. 10 minut.
Dolać rosół, dodać sól i pieprz, przykryć garnek i gotować zupę przez 20 minut. Zupę przetrzeć przez sito lub rozdrobnić.
Do zamykanego naczynia (może być zwykły słoik) wsypać mąkę, dolać śmietankę i mleko, mocno potrząsać przez minutę lub dwie, żeby uzyskać gładki płyn bez grudek. Dolać pół szklanki gorącej zupy, delikatnie wymieszać i wszystko razem wlać do garnka.
Krótko pogotować. Doprawić solą, pieprzem i winem.
Dodać koperek.
No i na samym końcu (przed wydaniem, jak mawiają gastronomowie) dodać przyrumieniony boczek albo łososia pokrojonego w plasterki i / lub krewetki albo po kiełbasce typu frankfurterka, albo plasterki salami, albo grube plasterki kiełbasy typu krakowska, albo...

Podawać z chlebem.
Pożywne. Można nic więcej nie jeść.

Sałatka z makaronu (ugrhhh!) była chyba pierwszym niemieckim przepisem, jaki mi podano. Była skromna, ale wtedy się jeszcze skromnie jadało, orgie jedzeniowe, zdrowa kuchnia, sklepy z żywnością organiczną, jadło etniczne... wszystko przyszło później, dopiero po upadku muru. Przed upadkiem jedzenie niemieckie było jeszcze proste i... tanie.

Wymieszać:
pół paczki ugotowanego makaronu typu muszelki, kokardki, świderki albo stalówki (penne rigatoni)
paczkę mortadeli pokrojonej w kostkę
2 puszki groszku
1 pęczek posiekanego grubego szczypiorku lub dwa pokrojone w kostkę pomidory
i wszystko, czym będziemy chcieli to cudo kulinarne przyprawić, a więc na pewno sól, pieprz, oliwa, a poza tym, jak nam świśnie: cytryna, ocet, musztarda, majonez.
Podawać z keczupem!

W razie potrzeby sałatkę przygotowywało się wiadrami (oczywiście zwiększając ilość produktów) i można nią było nakarmić mnogie rzesze.

sałatka z makaronu


Zagadka? Ok, zagadka wiąże się z tematem dzisiejszego wpisu (ale nie jest literacka): Augusta, Berber, Bryza, Bzura, Denar, Gloria, Gracja, Ibis, Irga, Irys, Jasia, Krasa, Kuba, Lenino, Lord, Medea, Molli, Nora, Perka, Pirol, Satina, Sonda, Syrena, Ślęza, Uran, Vineta, Zeus, Żagiel - mogłoby być więcej, ale myślę, że to już wystarczy. Co to jest za lista?

Odpowiedź: odmiany ziemniaków (nagrody dla Kattinki i Frusty)

wtorek, 11 października 2011

Zarejestrowałam nas. Uczestniczymy oficjalnie w Światowym Dniu Chleba.

World Bread Day 2011 Submission Confirmation

Bake Bread for World Bread Day 2011 Thank you for submitting to World Bread Day 2011! Your bread has been received and will appear in the roundup.

Jestem nieco zaskoczona, bo już rejestrując się, trzeba było podać link i tytuł strony, na której opublikujemy nasz wpis o chlebie i zdjęcie oraz podać nazwę chleba. Podałam. Stąd w potwierdzeniu jest mowa o tym, że przyjęli nasz chleb. Próbowałam to ominąć, ale wtedy nie można się było zarejestrować.

Upieczemy zatem Kartoffelbrot według przepisu z "Das Berliner Laubenkoloniewesen" wydanego przez Ansiedlungsverein Groß-Berlin w roku 1911.

Przepis na

Umiecie to przeczytać, Panny Germanistki?  Tak to zostało opublikowane w owym Laubenkoloniewesen z roku 1911 - jest to tekst o tym, że czasy są ciężki i wojenne (chociaż, jaką wojnę prowadziło Cesarstwo Pruskie w roku 1911?) i trzeba oszczędzać. Dlatego chleb żytni musi być produkowany z dodatkiem ziemniaków, a biały z dodatkiem mąki razowej. Natomiast tu patriotyczny autor zaleca ludności dobrowolne przestawienie się z pieczenia chleba pszennego na chleb pszenno-ziemniaczany.

1911 reprint 1987

 

   Man bereite aus 1 kg Weizenmehl, dem man bis zu 1/2 kg gekochte geriebene Kartoffeln zugibt, unter Verwendung von etwa 25 g Hefe und 1/2 l Milch einen Teig, der weitere Zutaten an Salz, Zucker und Butter (z.B. 125 g Zucker und 150 bis 200 g Fett oder Butter) erhält. Der Zusatz von etwas geriebener Zitronenschale erhöht den Wohlgeschmack. Das Backen dauert ungefähr 1 Stunde. Das Brot ist sehr locker und daher leicht verdaulich; es kann auch ohne Butteraufstrich genossen werden.

To jest przepis: Zarobić ciasto z kilograma mąki pszennej, do której dodajemy do pół kilograma ugotowanych i utartych ziemniaków, 25 g drożdży i pół litra mleka; ciasto wzbogacić dalszymi składnikami jako solą, cukrem i masłem (np. 125 g cukru i 150 do 200 g tłuszczu lub masła). Piec około godziny. Uzyskamy chleb o lekkiej konsystencji i przeto łatwostrawny, który można ze smakiem jeść również nie smarując go masłem.

To do roboty, Panny...

We will change this Foto for a new one on 16th of October 2011

 


Zagadka nawiązywała jeszcze do poprzedniego wpisu o "Ludziach nocy".

Chodziło mi o pewną amerykańską powieść kobiecą (kobiecą, bo napisaną przez kobietę i kobiecą, bo o kobiecie), której autorka jest żoną najbardziej może obecnie znanego pisarza amerykańskiego i chyba zaraziła się od niego pisaniem o rzeczach dziwnych i dziwacznych. Ale  jednakże mniej są one dziwne u niej niż u niego. Bohaterka powieści cierpi na przesunięcie się świata realnego w kierunku tej właśnie dziwaczności. Nic, co ją spotyka, nie jest horrorem, thrillerem  czy fantasy, ale jednak nic nie jest normalne i wszystko jest lekko straszne. Dziewczyna cierpi na bezsenność i włóczy się nocami po knajpach ubrana w męski garnitur. Ale nie udaje mężczyzny i nikt jej za mężczyznę nie bierze, tylko po prostu wkłada na siebie garnitur faceta, z którym była, a już nie jest, i tak wychodzi do miasta. Co to za pisarka, co to za powieść?

Odpowiedzi udzieliła Pewna Panna M.: Siri Huvstedt "The Blindfold", co po polsku wydane zostało po tytułem „Na oślep”. Był to debiut prozatorski autorki. Jej wspomniany w zagadce mąż to Paul Aster.

W nagrodę orzeszki piniowe, o których Pewna Panna M. wspominała już jakiś czas temu w komentarzach, a właściwie to wspominała je tęsknie, bo ich podobno we Wrocku nie ma. 

00:54, ewamaria030
Link Komentarze (34) »
 
1 , 2
UWAGA! Nie zniknęliśmy! Jesteśmy teraz TU
QRA czyli Nowa Kura

Durszlak.pl