Kategorie: Wszystkie | porady dla panien po 30
RSS
środa, 21 grudnia 2011

Czasami zdarza się jednak w życiu,
choćby poza tym było, jakie chce, coś w rodzaju szczęścia,
coś w rodzaju spełnienia i dosytu.
Być może jest dobrze, że nigdy nie trwa to długo.

       Herman Hesse, Jesienny dzień w Ticino (1932)

21 grudnia Słońce wstąpiło w znak Koziorożca, dziesiąty znak Zodiaku, dając początek astronomicznej zimie. Dzień jest wtedy najkrótszy, a noc najdłuższa.

Naturą zimowego przesilenia jest spokój. W ciągu kilku najbliższych dni w południe Słońce będzie „stało” na niebie jednakowo nisko nad horyzontem, w minimalnej deklinacji od równika niebieskiego, by następnie Ziemia mogła rozpocząć mozolne wydobywanie się z mroków najdłuższej nocy.

Wyjątkowy czas, gdy w jądrze ciemności – rodzi się światło.

W chińskiej Księdze Przemian I Ching przesilenie zimowe odpowiada dwudziestemu czwartemu heksagramowi, który nosi nazwę „Powrót” i składa się z pięciu (podwójnych) linii żeńskich jin i jednej męskiej jang, wchodzącej od dołu do heksagramu. I to ona właśnie symbolizuje powolny powrót dnia do swej dawnej pełni. Dawni cesarze na siedem dni zamykali granice państwa. Kupcy i cudzoziemcy nie wyruszali w drogę.

Przypadający na ten dzień koniec Roku Księżycowego otwiera furtę dla dwunastu nocy, o których powiadano, że leżą poza czasem – między końcem jednego a początkiem następnego roku, licząc według kalendarza lunarnego. W dawnych czasach w tak zwane „dymne noce”, które wówczas następowały, jedynie ogień rozjaśniał ciemności, stojąc na straży życia i odpędzając od domostw duchy zmarłych. Starzy ludzie wierzyli, że każda z tych nocy zapowiadała to, co miało się wydarzyć w danym miesiącu w roku, który nadejdzie. Wystarczyło uważnie obserwować, aby poznać przyszłość.   

Jeśli tak było w istocie, to noc przesilenia zimowego i narodzin córki Mirandy zapowiadała tylko jedno: przyjście nowego. Zmiany.

Miriam urodziła się w znaku Koziorożca. Jak Byk i Panna, tak Koziorożec związany jest z ziemią, podczas gdy Bliźnięta, Waga i Wodnik przynależą do znaków powietrznych, Baran, Lew i Strzelec są związane z ogniem, zaś Rak, Skorpion i Ryby – z wodą.

Zodiak, zwany duszą natury i wzorcem energii wszechświata, obdarował Dziewczynkę odwagą i cierpliwością, prawością i poczuciem sprawiedliwości, a także pragnieniem życia w pełnym świetle dnia. Pragnieniem, które gna człowieka, by jak górski kozioł z uporem wspinał się na turnie i szczyty nie dlatego, że stamtąd widać dalej i szerzej, lecz po to, by poznać smak wiatru.

Mary Osborne uśmiechnęła się z zadowoleniem. Dobrze. Mała będzie ambitna w dążeniu do doskonałości. Cokolwiek wybierze, w swojej dziedzinie okaże się najlepsza.

capricornus heweliusza

Ale Capricorn, to najdziwniejsze zwierzę Zodiaku, które współcześnie przedstawiane pod postacią kozła, według starożytnej tradycji, wywodzącej się z Babilonii, ukazywało zwierzę syrenim ogonem zamiast tylnych nóg. W takiej postaci występowało też we francuskich i włoskich katedrach. Samotnej wspinaczce ku szczytom towarzyszy bowiem inny obraz – ławicy. Woda oznacza lęk przed rozpłynięciem się w tłumie, a zarazem, paradoksalnie, tęsknotę za tymże tłumem. Wolność na jednej szali, instynkt stadny na drugiej, nic nowego pod słońcem. A jeszcze wmieszał się Saturn, który pogłębi uczucie osamotnienia i izolacji.

Saturn władca Koziorożca i melancholii

Trudne, wymagające życie. Jak zawsze.


ZAGADKI

W te długie i mroczne dni, gdy czas niemal przystaje, przysiada przed kominkiem, wraz z nami zapatrzony w ogień, noce płyną wolniej, zagadki niech będą dwie, nie, trzy:

1. Jaką symbolikę przypisuje się owemu kozłowi z rybim ogonem? - odpowiedzi udzieliła Frusty (patrz komentarze), a Panna Kura Główna dodaje (bo zajmował się kiedyś człowiek astrologią i to poniekąd zawodowo), że koziorożec to zwierzę jak chimera czy sfinks, złożone z innych zwierząt - kozioł, koza, kozica to wymar fizyczny ludzkiego życia, ryby - intuicyjny. Z kolei wg Gravesa zwierzęta złożone są symbolem roku, dwuczłonowe - roku o dwóch porach roku (lato i zima). Dlatego właśnie rok słoneczny się kończy i zaczyna w znaku Koziorożca.  

2. Pewien telegrafista napisał pewną słynną książkę, która narobiła skandalu – kto? co? kiedy? i odpowiedź udzielona przez Yentl: Henry Miller "Zwrotnik Koziorożca"

3. Jaki film dzieje się w środku mrocznej zimy? - odpowiedzi i w tej kwestii udzieliła Yentl:  "In the Bleak Midwinter" Kennetha Branagha


U KURY W KUCHNI

W taki dzień w kuchni zajmijmy się tworzeniem czegoś pysznego w słonecznych barwach.

Skórki pomarańczowe „na sypko”

Skórki myjemy, obgotowujemy, kroimy w wąskie paseczki, a następnie smażymy w syropie – tak jak zawsze. Inność zaczyna się dopiero potem, przy czym UWAGA, nie wolno przerwać tego procesu, smażymy tylko raz a dobrze, aż do chwili, gdy skórki są już szkliste-złociste. Wtedy zdejmujemy patelnię (a, bo patelnia lepsza niż garnek, ze względu na większą powierzchnię parowania), bierzemy drewnianą łyżkę i z ciekawą lekturą przed nosem - zasiadamy do mieszania i przegarniania. I tak mieszamy i przegarniamy powoli i niespiesznie, aż do wystygnięcia skórek. Cukier stygnąc zbieleje i wyschnie, a skóreczki będą sypkie i oddzielne – znakomite do podjadania, zamiast cukierków.    

No tak, Kattinka tak sobie pisze, nie podając, co to za długi ciemnoniebieski cytat nam tu zafundowała zaraz pod Hessem (i z tymżeż Hessem razem), to jakby kto nie wiedział, to niech kliknie tu.

wtorek, 20 grudnia 2011

Coraz więcej moich znajomych skarży się ostatnio, że przestali lubić święta. Że się wszystko skomercjalizowało, że już nie ma tej atmosfery świąt, co kiedyś... A ja bym temu chciała zaprzeczyć: owszem, komercji coraz więcej i to nie tylko z okazji świąt, ale przecież święta to głównie atmosfera, ten szczególny klimat, który odczuwamy w gronie najbliższych...

Sęk w tym, że nie wszyscy mają najbliższych. Mamy ojca i matkę, brata czy siostrę, ciotki i wujów, ale to brak życiowego partnera sprawia, że o świętach myślimy miast z radością, to z niechęcią... Zresztą, nie tylko my, Polacy, i nie tylko my, ludzie istniejący realnie.

W innym kraju z początkiem grudnia pewna kobieta skarży się tak: „Poszłam do supermarketu i z niezrozumiałych powodów zaczęłam nagle myśleć o choince, ogniu na kominku, kolędach, keksie itd. Po chwili odkryłam dlaczego...”.

Tu była podzagadka nr 1: dlaczego?

I dalej: „Przypomniał mi się mój ulubiony wiersz...

Małe dzieci śpiewają, ze śniegu lepiąc bałwana.
I w każdym domu stoi choinka pięknie ubrana.
Uśmiechnięte rodziny idą do kościoła z rana.
I wszystko to jest nie do zniesienia, kiedy jesteś sama.”

To była podzagadka nr 2 – czyj to wiersz?

Zagadka właściwa brzmiała zaś: kto się tak skarży na samotność? I w jakiej książce?

Odpowiedzi udzieliła Panna KK - zarówno zagadka jak podzagadki wiążą się z "Dziennikami Bridget Jones" Helen Fielding (pełniejsze wyjaśnienie w komentarzach).

A skoro pewna panna książkowa (nie mylić z naszą kuroblogową Pewną Panną, niegdyś Pewną Panną M.) wspomniała o keksie, to bardzo proszę – przepis na świąteczny keks będzie.

foto Alina Zienowicz Ala - dziękuję!

Składniki:

30 deka mąki
15 deka masła
5 jaj
20 deka cukru pudru
laska wanilii (lub zapach waniliowy)
pół paczki proszku do pieczenia
40 deka bakalii (rodzynki, skórka pomarańczowa, migdały, orzechy, suszone śliwki)

Masło utrzeć na puch z jajkami i cukrem pudrem. Można całymi, ale lepiej jest utrzeć osobno żółtka z pudrem i osobno ubić pianę z białek, które to białka z żółtkami łączymy, a następnie ucieramy z masłem. Dodajemy przesianą przez sito mąkę z proszkiem do pieczenia i całość ucieramy tak długo, aż masa będzie puszysta.

Bakalie (koniecznie uprzednio namoczone oraz dokładnie odciśnięte z wody) drobno kroimy, obsypujemy mąką i wkładamy do ciasta. A ciasto do wąskiej foremki, na temperaturę ok. 200 stopni, i pieczemy je co najmniej godzinę (warto sprawdzać patyczkiem, czy ciasto już nie jest surowe). Po upływie około 40 minut od włożenia do piekarnika, piekarnik otwieramy i przykrywamy foremkę pergaminem, aby ciasto nie spiekło się nam od góry.

Góra keksu po upieczeniu powinna być koloru ciemnożółtego.

Przepis jest na małą, wąską, podłużną formę – jeśli chcemy „porządniejszą” ilość keksu, należy wziąć podwójnie składniki.

Niespieszna

P.S. Zdjęć świątecznych u mnie jak na lekarstwo, niestety... Podsyłam fotkę ostatniej żywej choinki, okraszonej wyjątkowo tylko światełkami, ale może Panna Prymarna dysponuje lepszymi zdjęciami, na przykład keksu albo innego świątecznego obrazka?

Panna Prymarna dysponuje :-) i dobrze, bo Panna Niespieszna żadnego zdjęcia nie przysłała.

zielona kotka

http://terytoria.com.pl/



poniedziałek, 19 grudnia 2011

Tuż przed rozpoczęciem nastoletniego życia upiekłam pierwsze ciasto. Wymyśliłam sobie, że zapytam moją Mamę, czy nie dałabym sobie z tym rady, ta skwapliwie się na to zgodziła… Dostałam do ręki przepis, mikser, mama wskazała mi, gdzie znajdują się składniki i okazało się, że pieczenie sprawia mi olbrzymią frajdę. Dzisiaj nadal to uwielbiam, bardziej chyba niż jedzenie wypieków, chociaż ze mnie niezły łasuch. Lubię piec dla innych.

Wracając do tematu… podczas pierwszych przygód z przygotowywaniem ciast zauważyłam, że jednym z najczęściej występujących składników (poza mąką, cukrem i jajami oczywiście) jest cukier waniliowy. Dzisiaj wiem już, że to, co kupowaliśmy w torebeczce to cukier wanilinowy, nadal królujący na półkach w supermarketach. Na pierwszy rzut oka to samo, nazwy różnią się jedną literą. Tymczasem różnica jest kolosalna.

Wanilina to jeden ze składników aromatycznych wanilii, ale ta w kupnych cukrach jest otrzymywana w sposób syntetyczny. Oczywiście kiedyś lubiłam ten smak, pewnie dlatego, że po prostu był przyjemnie słodziutki. Ta słodycz przestała jednak być przyjemna, gdy kiedyś spróbowałam tego cukru łyżeczką z torebki. Zaczął szczypać mnie język! Nic dziwnego w zasadzie, skoro wanilina jest uznawana za niebezpieczną substancję i może wywoływać reakcje alergiczne. Jeżeli Panny jeszcze się nie zniechęciły do waniliny, to zachęcam do przeczytania, co o wanilinie ma do powiedzenia ciocia Wiki. Zwłaszcza o tym, z czego potencjalnie (podkreślam, że potencjalnie na szczęście) można by ten związek chemiczny pozyskiwać…

Ale prawdziwa wanilia to już całkiem co innego. Laski wanilii to owoce wanilii płaskolistnej, która jest pnączem i należy do rodziny storczykowatych. Można by zatem rzec, że roślina – arystokratka. Owoce wanilii mają kształt strączka i poddane różnym procesom  trafiają do nas właśnie jako laska. Śmiem twierdzić, że kto raz miał laskę wanilii w dłoniach, czuł jej zapach, utrzymujący się długo na skórze, ten porzuci bez żalu sztuczny zamiennik.

Cukier wanilinowy mnie rozczarował, w pewnym momencie dotarło do mnie, że jest to składnik sztuczny i przestałam go używać. Laski wanilii, które widziałam w supermarketach, były z kolei drogie – za sztukę trzeba było zapłacić ponad 10 złotych! Przypadkiem w osiedlowym sklepie ze zdrową żywnością znalazłam laski wanilii w cenie 3-4 złote za sztukę. A potem zerknęłam na najbardziej popularny polski portal aukcyjny i okazało się, że można je kupić jeszcze taniej. Żeby się opłacało ponoszenie kosztów wysyłki, trzeba kupić większą ilość. W związku z tym raz na jakiś czas zamawiam kilkanaście sztuk, czyli niemal jak na warunki domowe hurtowo… Ale oprócz tego zamawiam bądź kupuję jeszcze parę innych rzeczy. Oto lista zakupów dla Panien, które chcą mieć w kuchni pachnąco, klimatycznie, a zarazem w miarę możliwości naturalnie:

- laski wanilii minimum 9, chociaż ja polecam od razu więcej…
- po 50 g suszonych kwiatków lawendy oraz suszonych płatków róż – chyba, że Panny posiadają własne
- 6 kawałków kory cynamonu
- ewentualnie cynamon mielony
- szczelnie zamykane słoiki, słoiczki i butelka
- 2-3 kg cukru drobnego – można taki znaleźć bez problemu w sklepach, jest bardzo dobry również do wypieków
- 0,5 litra wódki

Zanim przepisy, muszę napisać coś strasznego. Z bólem serca, ale niestety muszę pozbawić złudzeń Pannę Prymarną. Te cukry niestety nie są kolorowe! Podczas „produkcji” owszem, słoiki wyglądają ciekawie, ale same cukry całkiem zwyczajnie, bo przesiewamy to, co aromatyzuje.

Cukier waniliowy

Na portalach i blogach kulinarnych można znaleźć mnóstwo przepisów na cukier waniliowy. Ja pierwsze inspiracje zaczerpnęłam z mojewypieki.blox.pl czyli chyba najpopularniejszego bloga tego typu. Jednak mam już własną proporcję, której się trzymam, a wynika ona z tego, że zużywam bardzo dużo tego cukru. Czasami do niektórych wypieków daję tylko ten cukier waniliowy w takiej ilości, w jakiej jest cukier ogólnie w przepisie…

Foto ZonaOburzona

Bierzemy 3 laski wanilii i kilogram drobnego cukru. Ostrym nożem należy przeciąć laski wzdłuż i czubkiem noża wyskrobać z nich ziarenka. Ziarenka dodajemy do cukru, mieszamy. Ja robię to w ten sposób, że najpierw ziarenka rozcieram palcami z niewielką ilością cukru, potem mieszam z resztą. Dorzucamy puste laski, całość zamykamy w szczelnym słoiku. Po 2 tygodniach mamy gotowy cukier.

Ekstrakt waniliowy

Trochę dłużej będziemy czekać na ekstrakt waniliowy. Bierzemy 6 lasek wanilii, tym razem ominie nas żmudne wyskrobywanie ziarenek. Laski przecinamy wzdłuż, ale w ten sposób, aby końcówki zostały połączone. Zalewamy je wódką tak, aby były przykryte i dokładnie zamykamy. Trzymamy w jakimś ciemnym i chłodnym miejscu, ale nie w zimnym, czyli lodówka odpada, ale jeżeli Panny-Szczęściary dysponują spiżarnią, to idealnie. Co jakiś czas potrząsamy butelką, czy słoikiem. Ekstrakt gotowy jest po dwóch miesiącach.

Foto ZonaOburzona

Cukier lawendowy

Aby uzyskać cukier lawendowy bierzemy 50 g lawendy i 500 g cukru drobnego. Lekko miksujemy np. w blenderze i zamykamy w słoiku. Ja swojego użyłam po trzech tygodniach i już ciasteczka pachniały lekko lawendą i miały jej delikatny smak. Przy czym przed użyciem cukru przesiewałam go.

Foto ZonaOburzona

Cukier różany

Dokładnie tak samo jak cukier lawendowy, zrobiłam cukier różany. Tu ważna uwaga: w internecie można znaleźć przepisy na cukier różany ze świeżymi płatkami. I ten na pewno jest pięknie kolorowy i podejrzewam, że dużo bardziej aromatyczny, więc zachęcam i do tego. Ja akurat miałam dostęp do płatków suszonych.

Cukier cynamonowy

Pozostał jeszcze cukier cynamonowy. Korę cynamonu łamiemy na mniejsze kawałki i zasypujemy w szczelnym słoiku 500 g cukru drobnego. Można ewentualnie wymieszać dodatkowo cukier z dwoma łyżkami cynamonu mielonego, wtedy ilość kory można zredukować. Po dwóch tygodniach cukier łapie już aromat.

Foto ZonaOburzona

Teraz korci mnie, aby zrobić ekstrakt migdałowy i cytrynowy, bo te sztuczne olejki również zaczęły mnie drażnić…

Rok temu przygotowałam zestawy różnych cukrów w charakterze prezentów pod choinkę. Zapakowałam je starannie w folię, dołożyłam trochę dekoracyjnych suszków, rafii… Bardzo się podobały, aczkolwiek nie obyło się bez akcentów humorystycznych, gdyż zostały wzięte za zestawy soli do kąpieli…

Pewnie się Panny zastanawiają, do czego tych słodyczy używać. Do ciast, ciasteczek (polecam zwłaszcza kruche ciasteczka na maśle z lawendą), herbaty… Zachęcam Panny do eksperymentowania. Ekstrakt waniliowy może również wzbogacić potrawy niesłodkie: sosy, marynaty do mięs.

Zagadka: jest taka książka o miłości i o jedzeniu. Tak, jedzenie odgrywa tam bardzo ważną rolę. Książka ta jest z Kurą od początku, co zauważyłam czytając starsze i najstarsze wpisy z czasów, gdy jeszcze o Kurze nie wiedziałam. Tytuł tej książki wiąże się z dzisiejszym wpisem, poniekąd również z nazwą bloga. Odgadnąć samą książkę byłoby zbyt prosto, czas więc na zasadnicze zadanie. Bohaterka wie, że podczas przygotowywania jedzenia nie wolno robić pewnej rzeczy, bo będzie kłopot. Ale nie może się powstrzymać, co zresztą jest całkowicie zrozumiałe. Efekt jest taki, że przebieg ważnej rodzinnej imprezy ulega zakłóceniu. W sumie to impreza się po prostu nie udaje. Czego nie należy robić podczas gotowania, pieczenia? Jak to wpłynęło na imprezę? Co to była za impreza?

Odpowiedzi udzieliła Kattinka: "Przepiórki w płatkach róży" Laury Esquivel i zasada, że pod żadnym pozorem przygotowując potrawy nie wolno płakać. W ogóle, nie tylko przed weselem. Ja jestem zdania, że nie wolno się też kłócić, bo zła energia z kłótni wchodzi w pożywienie i zaszkodzi nam wszystkim. W nagrodę "Żółte cytrynki" z hojnej dotacji wydawnictwa "słowo/obraz terytoria".


Ponieważ zakończenie z zagadką pojawiło się nieco później niż wpis, Kura Główna zadała zagadkę na chybcika, po prostu, żeby była... Trzeba było dokończyć związaną z tematem wpisu opowieść (są co najmniej dwie historyjki): Ania Shirley...

Opowieść uzupełniła Autorka czyli Zona.Oburzona. I dobrze, bo teraz trzeba rozwiązać jej zagadkę :-)

niedziela, 18 grudnia 2011

Drogie Panny

Jakiś czas temu usiłowałam znaleźć konkretny przepis na Kurze i zajęło mi to dużo czasu. Pomyślałam sobie, że te wszystkie przepisy trzeba jakoś zebrać w jedno miejsce. Skopiowałam, uporządkowałam według kategorii i zdumiałam się ile ich jest. I teraz tę Kurzą książkę kucharską chcę Pannom sprezentować pod świąteczną choinkę.

Klikając w to zdanie, ściągniecie sobie plik PDF

 okładka przepisów z kury dziekujemy irytkowi za obrazek

A teraz kilka uwag dodatkowych:

Po pierwsze: starałam się w miarę możliwości zachować oryginalny tekst z postu lub komentarza. Niekiedy tylko usuwałam dygresje i komentarze, które nie dotyczyły samego przepisu.

Po drugie: możliwe jest, że jakiś przepis pominęłam, szczególnie, jeżeli znajdował się w komentarzach. Poprawki, dodatkowe zdjęcia i inne uwagi mile widziane.

Po trzecie: książka zawiera wszystkie przepisy, jakie pojawiły się na Kurze do 15 grudnia 2011 włącznie. A ponieważ nowe przepisy będą się pojawiać, postanowiłam, że co jakiś czas będę tę książkę uzupełniać i publikować.

Po czwarte (w nawiązaniu do trzeciego): jeżeli któraś Panna sama chciałaby sobie te przepisy uzupełniać, to służę plikiem oryginalnym w formacie .doc lub .docx oraz instrukcjami jak skopiowany przepis zredagować tak, żeby wyglądał jak reszta przepisów w książce (bo to jest ciutkę skomplikowane).

Mam nadzieję, że ta książeczka będzie Wam służyć przy świątecznym i całorocznym gotowaniu.

Wesołych Świąt

życzy Kanadyjka

a to mój prywatny kogut berliński

Zagadka brzmiała: Przyszło mi do głowy, że znam mnóstwo pięknych, śmiesznych i wzruszających filmów o kucharzach i gotowaniu, np. francuski film rysunkowy o szczurkach (w niemczech leciał pod tytułem "Ratatui"), niemiecki film "Eden" z Charlotte Roche, włoski z Tildą Swinton - "Sono amore", cudowny "Vattel" z Depardieu i Umą Thurmann, i jeszcze kilka innych, w tym nawet jeden kryminał. Natomiast nie przypominam sobie żadnej powieści czy opowiadania, w którym kucharz / kucharka i kucharzenie odgrywaliby główną rolę. Ale to po prostu niemożliwe. Proszę mnie w tym względzie oświecić.

Odpowiedzi przyszło mnóstwo (patrz komentarze) - pierwsza była Pewna Panna.

00:01, ewamaria030
Link Komentarze (22) »
sobota, 17 grudnia 2011

Jakby ktoś nie pamiętał, to ten kolor otrzymała Pewna Panna dawniej Pewna Panna M.

Parę lat temu „opiekowałam się” niemowlęciem pewnej pary bardzo znanych pisarzy z Nowego Jorku. Dlaczego cudzysłów? Ano dlatego, że przychodziłam zawsze wieczorem i dzieciątko już wtedy spało. Przez kilka miesięcy nie miałam pojęcia, jak wygląda owo ono i jego pokój. Jeśli mały się obudzi i zacznie płakać, proszę poczekaj pięć minut. Jeśli sam nie przestanie płakać i nie zaśnie, wejdź do pokoju i pomóż mu zasnąć, prosił mnie jego ojciec, nota bene tylko o dwa lata ode mnie starszy, a już taki sławny i zblazowany. Ilekroć mały się budził i kwilił, odkładałam na bok książkę, magazyn literacki albo prace moich studentów i patrzyłam na zegarek. Odmierzałam minuty, myśląc, może tym razem poznam dzieciątko? Niestety nigdy mi się to nie udało.

Zazwyczaj, gdy mama-pisarka przygotowywała się do wyjścia, ojciec-pisarz dziecka siedział ze mną w salonie i nieudolnie nie próbował zabawiać mnie rozmową. Kiedyś, próbując przebić się przez nieprzyjemną ciszę naszych rozmów, opowiedziałam mu, że moja studentka właśnie pisze pracę zaliczeniową o jego pierwszej powieści. Popatrzył na mnie dziwnie. Albo, że dziś jechałam metrem z kimś, kto właśnie czytał jego drugą powieść. Zero reakcji, nawet drgnięcia kącikiem ust.

Nigdy nie zapytali mnie, kim jestem, chyba wiedzieli, jak mam na imię i znali mój numer komórkowy, poza tym żadne zbędne informacje na mój temat nie zaprzątały ich wielkich głów. Wyjechali po cichu, nic nie mówiąc, nie dziękując. Jakbym w ogóle nie istniała. Może faktycznie wcale mnie nie było, pomyślałam, może dziecka też nie było i był to tylko taki perwersyjny scenariusz literacki?

Foto Ewa Maria w KaDeWe Berlin 2011

Parę lat później wrócili do metropolii europejskiej na wieczory autorskie, promować swoje nowe książki. Wybrałam się, a jakże. Gdy dla nich pracowałam, uważałam z jakiegoś powodu, że nieelegancko byłoby im dać książki do podpisania. Najpierw on - bilety wyprzedane, transmisja na telebimie w sali obok, dla tych, którzy bardzo chcą. Kolejka po autograf gigantyczna. On siedzi i podpisuje, nie uśmiechając się oczywiście, tylko klepiąc to swoje amerykańskie „Hi, how are you?”, które absolutnie i broń boże nie jest pytaniem. Daję mu książkę do podpisu i mówię, że autograf wystarczy (nie chcę się przedstawiać), podpisuje się więc imieniem i nazwiskiem. Nie poznaje mnie, oczywiście że nie. Miesiąc później ona. Po wieczorze jest kolejka, a jakże. Ale jest też niespodzianka. Albowiem ona siedzi na krzesełku i zaprasza każdą osobę, by usiadła koło niej na drugim. To dla mnie nowość. Siadam więc uśmiechając się niepewnie, bo widzę, że oczywiście też mnie nie poznaje. Ale za to jaka miła dla mnie, pyta mnie co robię w Berlinie, kim jestem etc. Dlaczego nie interesowało jej to, gdy opiekowałam się jej dzieckiem? Nigdy się nie dowiem. Odchodzę z ładnym wpisem (tym razem się przedstawiłam), kręcąc głową i nic nie rozumiejąc z tego świata.

Celowo nie podaję nazwisk tych okropnie znanych pisarzy - nie wypada mi, poza tym, to pewnie mało istotne. Więc nie bądźcie proszę ciekawe.

Na uspokojenie, ciekawości i innych dolegliwości, polecam herbatkę joginki, którą piję wielokrotnie każdego dnia:

Proporcje wg uznania:
zimna woda
gorąca woda 
sok z cytryny
miód
imbir, świeży najlepszy

Kolejność dodawania składników zmienia się w cyklu dwugodzinnym. 

5.00 - 7.00 Herbatka najlepiej działa na jelito grube
zimna woda, cytryna, gorąca woda, miód, imbir
7.00 - 9.00 Żołądek
imbir, zimna woda, cytryna, gorąca woda, miód
9.00 - 11.00 Śledziona, trzustka
kolejność j.w.
11.00 - 13.00 Serce
miód, imbir, zimna woda, cytryna, gorąca woda
13.00 - 15.00 Jelito cienkie
j.w.
15.00 - 17.00 Pęcherz moczowy
cytryna, gorąca woda, miód, imbir, zimna woda
17.00 - 19.00 Nerki
j.w.
19.00 - 21.00 Osierdzie
kolejność jak dla serca
21.00 - 23.00 Potrójny ogrzewacz
kolejność jak dla serca
23.00 - 1.00 Pęcherzyk żółciowy
gorąca woda, miód, imbir, zimna woda, cytryna
1.00- 3.00 Wątroba
j.w.
3.00- 5.00 Płuca
kolejność jak dla jelita grubego

Przepis ściągnięty z http://www.manomani.pl/napoje/10/herbatka_jogina.html.html

Czy też już tak pijecie?


Uwaga zagadka z rodzaju trudnych, ale nie z takimi orzechami już sobie Panny radziły - mało wspólnego ze wpisem, ale za to z tytułem już tak: gdy byłam małą dziewczynką, dostałam roślinkę doniczkową. Powiedziano mi, że ona kiedyś, za kilka lat, gdy się tego najmniej będę spodziewała zakwitnie. Gdy ją dostawałam, była szarą myszą, parę listków, naprawdę mało reprezentacyjna roślinka. Postawiłam ją na parapecie w moim pokoju i podlewałam regularnie, bo Tato nauczył mnie podstaw ogrodnictwa i dbałości o rzeczy żywe i martwe. Ja rosłam, czytałam, stawałam się mądrzejsza, a roślinka się nie zmieniała. Przestałam czekać, aż coś wykwitnie. Aż któregoś dnia, zaczęła wypuszczać łodyżki. I kiedyś pojawiły się na nich pąki. Poczułam podniosłość chwili, oto niedługo ta nie przykuwająca wzroku roślinka-kopciuch stanie się piękna. Tego dnia obudziłam się rano, a właściwie obudziło mnie rano. Duszący zapach. Pąki rozkwitły i choć były bardzo ładne, to zaduch był okropny i roślinki się musiałam pozbyć, bo nie dało się z nią razem funkcjonować w jednym pomieszczeniu. Co to za roślina doniczkowa? Jak już zgadniecie, to będzie zdjątko. A morał chyba oczywisty?

Zagadkę rozwiązała Frusty - hoya.

wikimedia commons

Tagi: herbata
00:12, ewamaria030
Link Komentarze (15) »
piątek, 16 grudnia 2011

 choinka danusi

„Moje kochane dzieci,
był taki czas na świecie,
że wcale nie było choinek (...)

Ale w chatce na nóżkach sowich
mieszkał pewien tajemniczy człowiek,
który miał złote książki i zielone pióro.
I jak nie krzyknie ten dobry człowiek:
- Poczekajcie chwilkę, ja zaraz zrobię,
że nigdzie nie będzie ponuro. (...)

To on, moi srebrni, moi złoci,
zawsze jest pełen dobroci,
w nim jest ta pogoda i nadzieja;
to on nauczył, jak zawieszać zimne ognie,
i on te świeczki odbija w oknie,
ze okno jest jak okulary czarodzieja.

Więc już teraz, chłopcy i dziewczynki,
czy wiecie, kto wymyślił choinki?
czy już teraz każde dziecko wie to?
Chórem dzieci: TO TEN ODWAŻNY, DOBRY CZŁOWIEK,
CO MIESZKA W CHATCE NA NÓŻKACH SOWICH,
CO LUDZIE PRZEZYWAJĄ POETĄ

Więc gdy śnieg na święta zatańczy,
pomyśl, proszę, najukochańszy,
o tym panu, co układa rymy,
prześlij mu życzenia na listku konwalii,
a myśmy już mu telegram wysłali,
bo my wszyscy bardzo go lubimy.”

Ta opowieść, skąd się wzięły choinki, to wersja wymyślona przez Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Piękna opowieść, ale prawda jest trochę inna. Tradycja przystrajania drzewka iglastego (rośliny zimozielonej, czyli zawsze zielonej niezależnie od pory roku) na Boże Narodzenie pojawiła się w XVI wieku w Alzacji. To podobno tam na pograniczu niemiecko-francuskim zaczęto ozdabiać domostwa na święta za pomocą w drzewek iglastych z ozdobami z papieru i jabłek. Wielkim zwolennikiem tego zwyczaju był Marcin Luter, który zalecał spędzanie świąt w domowym zaciszu. Stąd choinki więc szybko stały się popularne w Niemczech i innych krajach protestanckich.

Do Polski zwyczaj ubierania drzewek iglastych przenieśli niemieccy protestanci na przełomie XVIII i XIX wieku. Początkowo choinki spotykane były jedynie w miastach. Stamtąd dopiero zwyczaj ten przeniósł się na wieś, wypierając tradycyjne polskie ozdoby bożonarodzeniowe: podłaźniczkę (gałązki jodłowe podwieszone pod sufitem) i dekorowany snopek zboża.

U mnie w domu zawsze na święta jest prawdziwa, pachnąca lasem, żywa choinka w doniczce. Zaraz po świętach trafia ona na balkon, a potem szybko do lasu, na działkę moich rodziców. Jeśli też chcecie mieć taką choinkę, która później będzie rosnąć „na wolności”, to po pierwsze musicie ją kupić w dobrym, uczciwym źródle – sprawdzonym sklepie ogrodniczym, w szkółce leśnej, itd. Po drugie pamiętajcie, że donica, w której jest choinka, musi być ogromna, bo mała doniczka świadczy o tym, że roślina ma podcięte mocno korzenie, a to nie rokuje, że przeżyje święta. Po trzecie: choinka jest w domu tylko tyle ile musi – zabieracie ją z balkonu dopiero w dniu Wigilii, wystawiacie z powrotem najpóźniej po tygodniu. Wysadzacie ją do lasu też najszybciej jak się da, czyli jak tylko łopata wejdzie w ziemię; ja przy którejś lżejszej zimie wysadzałam choinkę do lasu w połowie stycznia.

Posiadanie prawdziwej choinki nie kłóci się z posiadaniem „sztucznej” choinki. Ja czasami robię sztuczne choinki z filcu. I zarobienie takich proponuję dziś wam. To bardzo proste. Ja do zrobienia takich choinek użyłam: arkuszy cienkiego samoprzylepnego zielonego filcu, miękkich gumowych zielonych podkładek. Potrzebne są także papier, flamaster i bardzo ostre nożyczki.

Oto efekt mojej pracy – obiecane filcowe choineczki stojące na moim balkonie, gdzie robię większość zdjęć do Kury ze względu na dobre, naturalne światło.:

choineczki danusi

Do arkusza podkładki przykleiłam z obu stron filc. Z papieru zrobiłam szablon choinki. Za pomocą flamastra odrysowałam szablon na filcu. Wycięłam z filcu choinki. I już gotowe, wystarczy tylko je złożyć wsuwając jedną część w drugą.

choineczki danusi

Możecie choineczki ozdobić jak chcecie. Ja na mojej ubiegłorocznej, którą zrobiłam dla przyjaciela, umieściłam cekiny. Wy możecie udekorować choineczki inaczej, lub pozostawić same zielone; wszystko kwestia fantazji i gustu. Ewa proponowała mi kiedyś robienie choinek we wszystkich możliwych kolorach, nie tylko zielonych, to też jakiś pomysł. Tak więc Panny do dzieła.

choineczki danusi

Proponuję też wam przećwiczenie przed Wigilią robienia kisielu z żurawin. U mnie w rodzinie kisiel żurawinowy jest obowiązkowy na wieczerzy. Najlepszy jest oczywiście z surowych żurawin.

żurawiny Danusi

Na kisiel potrzeba:

- 1 ½ szklanki cukru
- 1 l żurawin
- 1 l wody
- 2-3 łyżki mąki ziemniaczanej

Żurawiny rozgniatamy w garnku, zalewamy wodą i gotujemy. Gdy żurawiny zmiękną przecieramy je przez sito. Odlewamy szklankę powstałego soku do ostygnięcia. Do przetartych żurawin dodajemy z powrotem to wszystko ze skórek co zostało na sicie. Dodajemy cukier. Znów gotujemy. W ostudzonym soku rozpuszczamy mąkę ziemniaczaną i wlewamy ją jednym płynnym ruchem do gotującego się płynu. Cały czas mieszamy, doprowadzamy do wrzenia, po czym gotujemy nadal mieszając jeszcze 2-3 minut. Gdy zgęstnieje przelewamy kisiel do miseczek. Można go jeść na zimno, można na gorąco; jak kto lubi.


W sprawie zagadki Danusia napisała: Moja dzisiejsza zagadka dotyczyć będzie pewnych sympatycznych istot, które tylko raz urządziły święta Bożego Narodzenia, bo normalnie w listopadzie idą spać i przesypiają całą zimę wypełniwszy wcześniej brzuszki igliwiem sosnowym; zjadają całą filiżankę igliwia. Co to za istoty, i kto je wymyślił? Bohaterami jakich książek są (proszę podać co najmniej pięć tytułów z serii)? Dla ułatwienia podam, że chodzi o jedne z ukochanych książek mojego dzieciństwa, które nadal bardzo, bardzo lubię.

Odpowiedzi natychmiast (jasne) udzieliła Zona.Oburzona - Muminki, Muminki i raz jeszcze Muminki, tu akurat konkretnie "Zima w Dolinie Muminków". Muminki, podobnie jak Jeżycjada, wchodzą pełnym frontem do kanonu lektur Kury, bijąc na głowę Biblię, Homera, Goethego i Mickiewicza, a nawet Prousta, Szekspira i Ernsta Schnabla.

czwartek, 15 grudnia 2011

Czy nowa żona jest lepsza od starej? Pod wieloma względami pewnie tak, ale nie wtedy, gdy dzieci na tym cierpią i „lepszy spokój w domu niż nowa żona”, jak stwierdza pewien pan w pewnym zbiorze opowiadań. A co ma wspólnego ów pan i jego nowa żona oraz „stare” dzieci z nadchodzącymi powolnym krokiem świętami? Ano sporo, całkiem sporo. Bowiem do takich wniosków dochodzi nasz bohater właśnie w czasie Bożego Narodzenia.

Zagadka brzmiała: Czyje to opowiadanie i z jakiej książki? Jak została nazwana w niej nowa żona?

Odpowiedzi cząstkowej i po kilku podpowiedziach udzieliła Kura Główna: Magdalena Samozwaniec, "Moja wojna trzydziestoletnia". Na drugą część pytania odpowiem, jak odświeżę czytany przed 30 laty tekst. Zresztą radzę zajrzeć pod wpis "Keks, kolędy...", bo tam jest podany link do strony, na której można ściągnąć rzeczoną książkę w postaci audiobooka.

Zainspirowana podczas niedawnego spotkania Panien Wrocławskich, połączonego z piciem czekolady i opowieścią o 14-stopniowym „mrozie” (w cudzysłowie, bo 14 stopni było, ale na plus) w dzień ślubu i tym samym Bożego Narodzenia, przychodzi mi na myśl również ślub, również w tym samym dniu, tyle że stopni było znacznie mniej, za to kłopotliwych niespodzianek więcej. Wśród nich niemożność dostania się do weselnego domu, ponieważ... Ponieważ – no właśnie, coś się stało... Druga zagadka brzmiała: Co się stało i w jakiej powieści? Odpowiedzi Udzieliła Zona.Oburzona: w "Pulpecji" Małgorzaty Musierowicz państwo młodzi pojechali do ślubu i nie zabrali kluczy od mieszkania.

Żeby nie było tylko literacko, będzie też muzycznie. I też w klimacie świąt. Jest taka piosenka o świętach traktująca, trochę kiczowata, ale ja w święta lubię nawet to, co kiczem popularnie się zwie. Na co dzień nie ścierpiałabym, od święta i na święta wręcz uwielbiam. No więc tę piosenkę śpiewa pewien pan, który kiedyś tworzył przez chwilę zespół, a potem zaczął występować w pojedynkę. Ja go zresztą znam chyba tylko z tej jednej piosenki, którą od paru ładnych lat puszczam sobie w przedświąteczny czas przy świątecznym pichceniu. I wtedy już tylko odliczam dni do wigilii.
Tekst jest nostalgiczny, melodia wpadająca w ucho i nie szkodzi, naprawdę nie szkodzi, że to nie jest jakaś wielka sztuka. Nie zawsze musi być.
W przeciwieństwie do świąt, bez których nie wyobrażam sobie żadnej zimy.

Kto to śpiewa i co to za piosenka? - Również i w tej kwestii specjalistką okazała się Zona.Oburzona: Andrzej Nazar, "Białe święta". W nagrodę Amy Tan.

I jeszcze przepis na świąteczny sernik, sernik, który zawsze się udaje, bez względu na okoliczności (życiowe). Nauczyła mnie go piec była teściowa i przez lata wykonywał go mój były mąż (ach, jak on piekł! I jak gotował...!).  A jak męża w życiu codziennym zabrakło, to panna niespieszna zakasała rękawy i z mieszaniną ostrożności, niepewności i braku optymistycznych wizji co do efektu, zabrała się do dzieła. I udało się – sernik piekę z okazji dużych świąt rodzinnych i cieszy się takim powodzeniem, że zamiast jednej tortownicy robię teraz dwie. A i tak nie zabawia zbyt długo na stole...

Sernik (prosty, lekki i przyjemny)

Składniki (na tortownicę, bo na dużą blachę trzeba wziąć podwójnie):

1 kg zmielonego twarogu (proponuję kupić gotowy, chyba że lubimy bawić się w mielenie, ale wtedy trzeba przynajmniej dwa razy przekręcić przez maszynkę)
5 jaj
pół kostki masła
1 budyń w proszku (60 gramów) waniliowy lub śmietankowy
1 szklanka cukru
rodzynki

Przygotowanie:

Roztapiamy masło w rondelku. Białka oddzielamy od żółtek i ubijamy na sztywną pianę (dobrze jest je lekko posolić, wtedy piana ubije się szybciej). Żółtka wraz z cukrem i ostudzonym roztopionym masłem ucieramy (mikserem).

Do twarogu wlewamy żółtkową masę, dodajemy budyń w proszku (zamiennie można użyć mąki ziemniaczanej), mieszamy (mikserem) masę. Od teraz już nie będziemy używać elektrycznego urządzenia. Dołączamy ubitą pianę z białek i delikatnie, łyżką, mieszamy całość.

I gotowe. Wlewamy masę do tortownicy (blaszki), dorzucamy rodzynki (uprzednio namoczone we wrzątku i odsączone na sitku) i wstawiamy do piekarnika. Temperatura pieczenia 170 stopni, czas półtorej godziny.

Ważne, aby rodzynków nie wlewać do masy wcześniej niż wyłożymy ją na blachę, bo inaczej będziemy mieć rodzynki, ale tylko na samym spodzie ciasta. Najlepiej je zresztą rozprowadzić łyżką w miarę równomiernie w wyłożonym już na blasze cieście.

Nie przejmujcie się, że w miarę pieczenia sernik opada – to naturalne, tak ma być.

I jeszcze jedna uwaga – sernik najlepszy jest na drugi dzień po upieczeniu, a jeszcze lepszy – na trzeci. Co prawda, tylko w sytuacji, gdy mamy dużą cierpliwość i umiemy powstrzymać się od przyjemności, co w mojej kochanej rodzinie w przypadku sernika, niestety, się nie zdarza...

I proszę wybaczyć, że ja już o świętach, odmienianych przez wszystkie przypadki, ale, naprawdę, doczekać się już nie mogę. Chyba po raz pierwszy od bardzo dawna tak mnie ciągnie do światełek na choince, przy których cały świat wygląda zupełnie inaczej, milej. Szkoda, że za wcześnie się urodziłam i nie doświadczyłam nastroju prawdziwych świeczek umieszczanych na drzewku...

Niespieszna

ziutka na choince

P.S. Nie mam zdjęcia sernika (jak mówiłam, za szybko schodzi ze stołu, zanim ktokolwiek zdoła go uwiecznić aparatem), przesyłam za to zdjęcie naszej nieodżałowanej pamięci chomiczki Ziutki, z którą spędziliśmy dwukrotnie święta. I podczas świąt puszczona samopas po mieszkaniu Ziutka nagle nam zniknęła. Jak się okazało (dowód powyżej) postanowiła poświętować wprost na drzewku. Do dziś zastanawiamy się, jak tam, skubana, weszła... :-)

Tagi: ciasta
00:37, ewamaria030
Link Komentarze (37) »
środa, 14 grudnia 2011

Bardzo lubię nasze czarno-białe środy, ale tak naprawdę wolę jak wszystko jest tylko białe. Na przykład tak:

biały cud mieszkalny

Starcza nam wyobraźni, żeby zobaczyć w tym wnętrzu kota, który przespacerował się właśnie po dachu, dziecko po zabawie w piaskownicy, gościa z kieliszkiem czerwonego wina lub, no tak, nas same, gdy mamy chandrę i właśnie wepchnęłyśmy w smutną paszczę trzy ptasie mleczka na raz?

Uwielbiam białe sukienki, białe kwiaty, białe wnętrza, ale przecież zawsze się upaprzę. Pisałam już w jednej z zagadek o tej dziewczynce z elementarza, co poplamiła sukienkę kremem, który zawsze wylatuje z rurki na sukienkę. To znaczy - innym może nie zawsze, ale mnie zawsze. W rodzinnym archiwum było kiedyś takie zdjęcie, które "przyłapało mnie" na jedzeniu w plenerze jajka na miękko. To jajko surrealistycznie spływało mi między palcami. Zdjęcia nie mam, nie wiem, jak to się stało, że dostałam do zjedzenia takie jajko, zresztą nieważne. Potem już wszyscy wiedzieli, że...

Zachciało się jednej panience z Wybrzeża
Jeść czekoladę z dużego talerza.
Gdy skończyła, bez winy niczyjej
czekoladę miała na szyi,
Zaś okruchy zbierała z kołnierza

Tak napisała nasza Mama, a limeryk dotyczył mnie. Było to takiego pewnego lata, gdy między rodzicami a ich przyjaciółmi z Warszawy krążyły niezliczone ilości listów (listów, takich zwykłych, wysyłanych pocztą) pełne limeryków i innych wierszyków. Oczywiście były to wszystko dzieła własne - rozrywka wymyślona na długo przedtem, zanim panie Szymborska i Szczęsna spopularyzowały ją w Gazecie Wyborczej, znana zresztą w światku literackim od starożytności. Ja zapamiętałam z nich tylko jeden:

Raz niania smażąc kilka grzanek
spłonęła żywcem w pewien ranek,
lecz co największym było zgrzytem,
że grzanki też spłonęły przy tem.

Nie był to limeryk, bo ten ma jak wiadomo pięć linijek i nazwę geograficzną w pierwszej i ostatniej, ale akurat tylko ten wierszyk uchował mi się w pamięci w stanie nietkniętym. B., córka przyjaciółki rodziców, wspaniałej graficzki Marii Hiszpańskiej-Neumann, znalazła po szufladach kilka klasycznych limeryków z tamtej epoki, w tym (niestety) ten o mnie, a też nieco rubaszny o pewnym młodym (wówczas) człowieku, zwanym Jagódką.

Poszedł Jaś na Baranie Rogi
Robić zdjęcia; aparat miał drogi.
Bardzo się panny śmiały,
Gdy rąbnął nim o skały -
A on twierdził, że wpadł mu pod nogi.

Musiało to być w roku 1961, kiedy Nasza Księgarnia wydała czarno-białą książkę "Dong, co ma świecący nos" Edwarda Leara w tłumaczeniu Andrzeja Nowickiego i z ilustracjami Butenki. Ta książka zachwyciła i zaraziła wówczas wszystkich. Czarne strony, białe koślawe litery!

dong co ma świecący nos ze strony limeryki.pl

Na zakończenie czarno-biała (a właściwie nie tyle czarno-biała, co utrzymana w ciemnych tonacjach) rozrywka świąteczno-obrazkowa, a pod spodem jeszcze propozycja i zagadka.

Dziwne, prawda? Zwłaszcza ta dekoracja z czarną kratą. Być może naprawdę Wiedeń i Kraków są najbardziej morbidalnymi miastami w Europie, ale Berlin niewiele im ustępuje.

Proponuję nam na zimę zabawę w klasyczne limeryki, takie o nas, czyli kurach, jedzeniu i pannach. Wiemy, że na pewno z zadaniem poradzą sobie Frusty (słynna limerykopisaczka) i Kattinka, która wprawdzie woli moskaliki, ale to jej Kattinki sprawa.

Jakby kto nie do końca wiedział, co jest limerykowym czym czego :-), to proszę was, w komputerze, i tego nam nikt nie zabierze, uczy nas ciocia wiki, jak pisać limeryki, na papierze lub w komputerze.
Zapomina tylko dodać, że limeryk nie może być wymęczony i wyliczony, i że powinien powstać łatwo, lekko, przyjemnie, niejako od ręki.

Raz Panna Hildegarda w Środzie
myła się przy brzydkiej pogodzie
wylewała wody wiadra
aż ją grypa dopadła
i dziś nam choruje przy środzie

Bo ja powiem tak, że "mnie rym złożyć, to jak drugiemu splunąć" - i to była zagadka na tę czarno-białą środę. Kto to powiedział, gdzie, u kogo?

Niespieszna rozwiązała zagadkę jakby była Po-spieszna: tak powiedzał książę Bogusław Radziwiłł(owicz) w "Potopie" Sienkiewicza.

00:32, ewamaria030
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 12 grudnia 2011

U Gulbenkiana w Lizbonie nowa fantastyczna wystawa: „Historia martwej natury”. Sami dobrzy znajomi: od Chardina (hej, która z Panien miała opowiedzieć nam o Chrdinie?) po Morandiego. I kilku zaskakująco interesujących dawno zapomnianych, a też i nowych „znajomych”:

http://www.youtube.com/watch?v=u2RRQFS84a8&feature=player_embedded

Ale ja nie o wystawie chciałam napisać, tylko o martwej naturze. Natura morta, still life. Martwa – dlaczego? Kto pierwszy ukuł ten – przyznajcie: dość bolesny – termin? Czy dlatego, że namalowany obraz zapisuje moment pomiędzy śmiercią? Bo zerwany owoc gnije, kwiat więdnie, a zając nigdy już nie pomknie przez pole, by ukryć się pod miedzą. A ryba zacznie pachnieć... „jak zdechła ryba”, nim artysta ukończy dzieło.

martwa natura kattinki

Poczytajmy: Martwa natura to gatunek malarski, który obejmuje kompozycje, składające się ze stosunkowo niewielkich, nieruchomych, najczęściej nieożywionych przedmiotów, dobranych ze względów estetycznych lub symbolicznych. Pospolitymi elementami martwych natur są owoce, kwiaty, książki, naczynia, broń, przyrządy myśliwskie, przybory kuchenne, przybory do palenia tytoniu, świece, karty i inne gry, instrumenty muzyczne, itp. Częstym i niejednokrotnie głównym motywem są też najróżniejsze produkty spożywcze, jak owoce, ryby, pieczywo, jaja, itp., czasem układane w kompozycję mającą sugerować gotowy posiłek, np. śniadanie. W martwych naturach pojawiają się też niewielkie żywe zwierzęta jak owady (bo akurat tam usiadły? – przyp. aut.) czy skorupiaki (hm, a skąd wiadomo, że żywe? – pyt. aut.). Jeżeli w martwej naturze pojawia się większe zwierzę, lub – sporadycznie – nawet postać ludzka, to nigdy jako główny temat. Częstym i ważnym ze względów symbolicznych motywem bywa ludzka czaszka, związana z myślą o przemijaniu i marności życia i dóbr doczesnych – vanitas vanitatis. W obrębie martwej natury mogą pojawiać się też dzieła sztuki, jak rzeźby i obrazy, na których z kolei ukazane są postacie ludzkie.

Jacopo de Barbari Martwa natura z kuropatwą i żelaznymi rękawicami

Jacopo de Barbari Martwa natura z kuropatwą i żelaznymi rękawicami - pierwsza martwa natura na świecie: z roku 1504

Tyle wiki... A zatem „martwa” natura, a przecież podziwiamy naprawdę te, którym z najwyższym kunsztem udało się uchwycić i zatrzymać pełnię i blask życia – na chwilę przed tym, nim zgasną.

Mangusta, muszla przegrzebka i słuchotki (tak!), owoc mangostanu, kaki i tamaryndowca – ileż urody świata do zapisania, zatrzymania na płótnie. Czasem urody dość trudnej, a to z powodu jakże prozaicznego – zapachu! Ot, weźmy taki przykład: durian czyli zybuczkowiec (Durio Adans). Pochodzi z tropikalnych obszarów południowo-wschodniej Azji. Jadalne są również gotowane pestki. Wiecznie zielone drzewa o pojedynczych, eliptycznych, łuskowatych i zielonych liściach bez połysku, o kwiatach (ślicznych!) silnie pachnących, zwykle kremoworóżowych. Spośród 30 gatunków owoce dziewięciu są jadalne, z których najbardziej popularny jest Durio zibethinus – ów wspomniany wyżej zybuczkowiec.

Uprawiany w Brunei, Indonezji i Malezji, znany jest w zachodnim świecie od około 600 lat. XIX-wieczny brytyjski naturalista Alfred Russel Wallace opisał miąższ tego owocu jako "kremowy budyń o mocnym smaku migdałowym". Jego opis przeszedł do historii (cytuję za Wikipedią):

durian

The five cells are silky-white within, and are filled with a mass of firm, cream-coloured pulp, containing about three seeds each. This pulp is the edible part, and its consistence and flavour are indescribable. A rich custard highly flavoured with almonds gives the best general idea of it, but there are occasional wafts of flavour that call to mind cream-cheese, onion-sauce, sherry-wine, and other incongruous dishes. Then there is a rich glutinous smoothness in the pulp which nothing else possesses, but which adds to its delicacy. It is neither acid nor sweet nor juicy; yet it wants neither of these qualities, for it is in itself perfect. It produces no nausea or other bad effect, and the more you eat of it the less you feel inclined to stop. In fact, to eat Durians is a new sensation worth a voyage to the East to experience. ... as producing a food of the most exquisite flavour it is unsurpassed. [Wallace, Alfred Russel (1856), On the Bamboo and Durian of Borneo.]

durian esplanade singapur

Owoce durianu są dostępne na wszystkich rynkach, targach i marketach z owocami świata. Owoc ogromny, podobno jeden z największych, atrakcyjny w formie, choć wyglądem przypomina zielonego naburmuszonego jeża (spójrzcie na budynek Esplanady w Singapurze, zwany potocznie durianem), i trzeba wiedzieć, jak się do niego dobrać. Podobno zdrowy i pożywny, podobno o silnych właściwościach afrodyzjakowych, ale chodzą też słuchy, że popity alkoholem może być toksyczny a wręcz niebezpieczny dla naszego organizmu. Niebezpieczny nie tylko dlatego, że taki duży (w Indonezji spotkamy znaki ostrzegające, by nie kłaść się pod durianowym drzewem). Mimo to, a może właśnie dlatego, że taki tajemniczy – i pożywny – durian ma zagorzałych zwolenników.

Naukowcy do dziś prowadzą spór, czy nazwa nadana przez Linneusza odnosi się do zwierzątka o poetycko brzmiącej nazwie Viverra zibetha, które wydziela równie silny piżmowy zapach jak skunks, czy też owo zwierzątko jest tak wielkim miłośnikiem duriana, że używano go jako przynęty do polowania. Bo z durianem jest pewien drobny problem: nieprzyjemny zapach. Odczuwalny z daleka, zapewne z powodu dużej zawartości siarki przyrównywany do tego, jaki wydzielają stare jaja lub dawno nieprane skarpety. Dlatego w Azji, w środkach transportu i w hotelach ze świetnie działającą klimatyzacją, gdzie chętnie zatrzymują się cudzoziemcy, spotkać możemy tabliczki z przekreślonym durianem i napisem 'no durian'. Wśród konsumentów toczy się prawdziwa wojna, do akcji wkraczają psychologowie, tłumacząc, jak radzić sobie z antytezą w stylu love-and-hate, gdy z jednej strony chcemy, bardzo chcemy się przekonać, jak taki durian smakuje, ale zarazem wiemy, że przez kilka dni nasza skóra będzie wydzielała nieprzyjemny odór, z powodu którego mogą nas nie wpuścić na pokład samolotu do domu.

Dobra wiadomość, a właściwie dwie: w ostatnim czasie, dr Songpol Somsri, doradca naukowy rządu Tajlandii, wyhodował krzyżówkę z ponad 90 odmian durianu, by stworzyć owoc o nazwie Chantaburi No. 1, całkowicie pozbawioną charakterystycznego zapachu. Owoc czeka właśnie na ostateczne zatwierdzenie ze strony tamtejszego Ministerstwa Rolnictwa. Inna hybryda, Chantaburi No. 3, rozwija zapach dopiero w trzy dni po zerwaniu, co pozwala na bezzapachowy transport, a zarazem satysfakcjonuje tych konsumentów, którzy doceniają wszystkie walory, w tym zapach dojrzałego owocu.

http://www.npr.org/templates/story/story.php?storyId=10016534


Wróćmy do martwej natury: konia z rzędem tej/temu, kto znajdzie martwą naturę z durianem!

PS. ode mnie: Ciekawa jestem, jak Kattinka wywiąże się z tej obietnicy, gdy ktoś rozwiąże jej zagadkę. A to nie są czasy z początków Kury, teraz prędzej czy później każda zagadka zostanie rozwiązana. Raczej prędzej.

Martwą naturę z durianem jako pierwsza znalazła Małgorzata, a Kattinka już przygotowuje się, by wysłać za Ocean konia z rzędem!

Tagi: owoce
23:55, ewamaria030
Link Komentarze (21) »

O KaDeWe już pisałam. To Kaufhaus Des Westens. KaDeWe. Dom Towarowy Zachodu. Wielki słynny sklep, konkurujący tylko z Harrodsem w Londynie i Lafayette w Paryżu. Chlubią się tym, że sprzedają wszystko do jedzenia, co da się zjeść. Ale to bajki. Nie mają czarnego czosnku, poziomek i fiołków kandyzowanych! Nie sprawdzałam, ale na pewno nie mają też szarańczy i skorpionów. No, ale najlepiej się wychodzi w życiu nie wtedy, kiedy się mówi prawdę, tylko, kiedy opowiada się o sobie nie wiadomo co, tak aby wszyscy wpadali w orgie zachwytu. KaDeWe nie jest więc tym, czym głosi, że jest, jednak co roku w okresie przedświątecznym staje na wysokości zadania, przygotowując przewspaniałe dekoracje tematyczne, zawsze inne, oryginalne, interesujące. W tym roku są bajki. Dwanaście wielkich okien poświęcono dwunastu słynnym bajkom. Zrobiłam zdjęcia, udało mi się sfotografować dziesięć okien, dwa nie wyszły w ogóle. Ale... no, proszę o wyrozumiałość. Fotografia artystyczna to nie jest. Ani fachowa fota reklamowa. Fotografowanie okien wystawowych to wielki kunszt, którego sekretów w ogóle nie znam. Umiem chwilę poczekać, żeby w oknie nie było zbyt wielu przechodniów, ale co zrobić, żeby nie było mnie? A domów po drugiej stronie ulicy? Autobusów? Drzew?

No więc są bajki, drzewa, autobusy, domy, ale coś tam widać. Niewiele, ale taki też był zamysł dekoratorów. Nawet jak stoisz przed oknem, to nie zawsze jesteś w stanie wymyślić, o jaką bajkę im chodziło? Do zagadki wybrałam pięć bajek, tych łatwiejszych. I dodatkowa informacja: większość bajek z KaDeWe to bajki o kobietach i nawet jeśli w bajce są również mężczyźni, to w oknach ich nie ma, są tylko kobiety i ewentualnie charakterystyczne rekwizyty i zwierzęta, ale też nie zawsze...  Zauważmy też, że dekoratorzy nie używają jakichś teatralnych rekwizytów, biorą po prostu to, co sklep ma w sprzedaży. Dużo tego, co sklep ma w sprzedaży.
Zagadkę rozwiązała Małgorzata, a ja wstawiłam do wpisu prezentację ze zdjęciami wszystkich okien, które mi się udało sfotografować w KaDeWe.

00:07, ewamaria030
Link Komentarze (27) »
UWAGA! Nie zniknęliśmy! Jesteśmy teraz TU
QRA czyli Nowa Kura

Durszlak.pl