Kategorie: Wszystkie | porady dla panien po 30
RSS
niedziela, 17 czerwca 2012

Kura ma rok. Więcej nie będzie miała, w każdym razie ta kura w tej postaci, ale o tym potem. Na razie składam jej życzenia. Ładnie urosła, nad podziw dobrze się rozwijała. Kto by pomyślał. Miała codziennie jeden wpis, a w wigilię nawet dwa. Ten jest zatem 368. Zebrała prawie sześć tysięcy komentarzy, czyli średnio 20 dziennie. Podobno ma tygodniowo ponad 12 tysięcy czytelników. Ufundowała, przyznała i rozesłała ponad 400 nagród za rozwiązanie zagadek literackich (i, czasem, innych). Współpracuje na stałe z 20 osobami, które napisały co najmniej jeden wpis, często jednak więcej. Najwięcej napisałam ja, bo to ja, Ewa Maria Slaska, dbałam o to, by wpisy o odpowiedniej strukturze i treści były codziennie. Nawet wtedy, gdy wyjeżdżałam, byłam chora, zapracowana, a nawet w szpitalu. Po mnie najwięcej chyba napisały Danusia, która sama policzyła, że jest autorką 44 wpisów, i Kattinka czyli moja siostra, Katarzyna Krenz z 40 wpisami. Od jakiegoś czasu dwie a nawet w porywach trzy autorki Kury - Kanadyjka, Zona Oburzona i niekiedy Pewna Panna dzielą ze mną trudy administracji blogu.

To urodzinowy tort migdałowy - jeden z tych produktów, na które nie wolno mi podać przepisu, bo to w czyimś domu specjalna specjalność, a jak się przepis poda, to potem WSZYSCY będą go robili i już nie będzie żadnej atrakcji.

Nie wiem, może tak jest. Ja mogę podać każdemu każdy przepis jaki znam i wiele z tych, których nie znam. W dzisiejszych czasach to żadna wielka sztuka. Wchodzę do internetu. Na każdą rzecz jest tam tysiąc przepisów, a licząc te języki, w których możemy szukać, to nawet kilka tysięcy. Patrzę na te przepisy, większość mi nic nie mówi i nie mówi też do mnie, aż nagle jest jeden taki, studiuję go i wiem, że tak, oto tu właśnie, jest przepis na ... tort migdałowy!

A zresztą, wytrawna pani domu, a i pan zapewne też, właściwie wcale nie potrzebuje przepisów, bo już wszystko wie i wszystkie rozumy pojadł. Bo cóż to takiego - tort migdałowy? Potrafię go rozkminić, zanim jeszcze solenizant go rozkroi i poda na talerzyku.

Tort stoi na blacie w kuchni, pan i pani domu nakrywają do stołu, jestem więc sama z tortem. Wącham. Masa z masła i mielonych migdałów. Na pewno z cukrem, nie ma innej opcji. Z migdałów nigdy nie robiłam, ale znam i dobrze mi wychodzi masa z orzechów laskowych. Szturcham leciutko końcem łyżki. Mocna konstrukcja, więc nie biszkopt, a za wysoki na piszingera. A zatem tort prowansalski. Warstwy kruchego ciasta.

Czyli trzeba upiec 5 albo 6 cieniutkich placków. Takich jak na mazurki. Albo wg cudownego przepisu z "Gazety wyborczej", wg którego piecze kruche Subtelna Spryciara.

No i masa. Mielimy orzechy, zalewamy wrzącym mlekiem, mieszamy. Studzimy. W makutrze ucieramy masło z cukrem, dodajemy po łyżeczce masy orzechowej. Kręcimy aż do zużycia wszystkich orzechów. Uwaga - kręcić powolutku, bo masa lubi się warzyć!

Patrzę na to, co napisałam i myślę, no tak, ale jak przepis, to trzeba podać proporcje - kostka masła, szklanka cukru, szklanka mleka i ćwierć kilo orzechów. Albo migdałów. Na 6 placków zapewne trzeba użyć podwójnej porcji masy. Ale nie kręcić na raz. Po kolei. Najpierw jedną porcję, a potem drugą.

Zrobić tort, przy czym na dole jest ciasto, na górze na ostatniej warstwie ciasta rozsmarowujemy masę i dekorujemy. Masą smarujemy też obwód tortu i posypujemy płatkami migdałowymi.

A zatem na zakończenie Kury I kawa i tort migdałowy. Na zakończenie, bo z założenia miał to być "blog na rok". I niech tak zostanie.
Wszystkiego najlepszego.

Jutro zacznie się Kura nr 2 czyli QRA, skrót od Qchni i Qltury. Już nie będzie porad dla Panien tylko... Co "tylko", dowiecie się jutro. Jak macie pomysły na to, jaka by miała być ta nowa Kura, to wpiszcie je w komentarzu. Ale postarajcie się, by były to pomysły oszczędzające mi trochę pracy. Czyli raczej pomysły dla Was - jak Was zachęcić, byście więcej pisały/pisali lub by było Was jeszcze więcej.
Nie będę Wam już więcej udzielać porad, ale nie mogę się oprzeć i muszę poradzić Wam coś na zakończenie. A zatem ostatnia porada. Wyrosłyście na duże, mądre i samodzielne kurki, już Wam tylko jedno mogę poradzić, coś, co dręczy mnie i męczy od wielu dni, tygodni, a nawet w porywach - miesięcy. NIE OBRAŻAJCIE SIĘ.
To porada, jaką warto stosować w życiu, ale już na pewno warto o niej pamiętać przy wspólnej praco-zabawie przy Kurze czy nadchodzącej QRZE. Była taka piosenka zespołu "Raz, dwa, trzy..." - "Nazwijcie rzeczy po imieniu, a zmienią się w okamgnieniu". Zawsze, jak postanowicie się obrazić na kogoś, na świat, na Kurę, a już na Kurę Główną w szczególności (bo to ona zbierała cięgi), to najpierw odczekajcie dwa dni, a potem nazwijcie rzeczy po imieniu... I wtedy się okaże, że nie miałam niczego złego na myśli, czasem być może o czymś nie pomyślałam, a czasem nie wiedziałam, co wy myślicie i czego oczekujecie.
Mało jest na świecie miejsc, gdzie nas bezwarunkowo akceptują, gdzie czeka na nas tylko przyjaźń, uznanie i pochwała. Kura jest i w nowej postaci będzie jednym z takich miejsc. Doceńcie je zamiast się bez przerwy obrażać i karać mnie i - przede wszystkim czytelniczki i czytelników - milczeniem i niepisaniem.

kaczka

Jutro pojawi się tu link do Qry.

Już jest jutro: http://ewamaria030qra.blox.pl/2012/06/Nowa-Kura.html

Wasza
Panna Główna
Panna Prymarna
Panna nad Pannami
Kura


I ostatnie kurze zadanie w tradycyjnej już wersji, tyle, że zamiast kury jest kaczuszka. Proszę ułożyć zagadkę do kaczuszki widocznej na zdjęciu, tak jak mogłabym ją ułożyć ja - po roku obcowania ze mną i z Kurą wiecie już chyba, jakimi krętymi drogami chodzą moje myśli i skojarzenia. I jaki mam typ umysłowości. Jak dawny "Przekrój", ot co, wszystkiego po trochu, żeby było ciekawie i zaskakująco. Niestety nowy "Przekrój" już taki nie jest. Ale ja i owszem. Nadal.

Propozycji może być wiele.


Pierwszą zagadkę ułożył Pahrlap:
Co to jest?
Żółte z czubkiem
pije piwo wdzięcznym dzióbkiem. 

A ja przyznaję, że myślałam o tym, że to gumowe kaczuszki były przyczynkiem donaszej wiedzy o Golfstromie. Bo...? Jeśli ktoś trafi jeszcze na tę zagadkę, to niech poda jej rozwiązanie w naszym nowym blogu: http://ewamaria030qra.blox.pl/2012/06/Nowa-Kura.html

Nikt nie rozwiązał tej zagadki, a szkoda, bo ciekawa. A było tak. W roku 1992 płynął sobie po Pacyfiku, u chińskich wybrzeży, chiński statek z zabawkami. Statek nie poradził sobie z silnym sztormem i zatonął. Przez 15 lat 29 tysięcy kaczuszek, żabek i żółwików z plastiku pływało sobie po morzach i oceanach. Dotarły do Alaski, do Australii, Ameryki Południowej i Indonezji. W roku 2000 część z nich dotarła do Morza Sargassowego. W roku 2003 odkryto je na wybrzeżach Kanady i USA. Tu zaopiekował się nimi Golfstrom i doprowadził do południowych wybrzeży Anglii. Te kaczuszki, które znaleziono w Anglii miały za sobą 27 tysięcy kilometrów żeglugi. Większość ma się dobrze, choć działanie słońca i soli zmieniło ich kolor i są teraz białe.

W każdym razie dzięki nim udało się zaprzeczyć pogłosce, jakoby pod wpływem zmian klimatycznych, Golfstrom zamierał, co miało być wytłumaczeniem, dlaczego mimo iż klimat się ociepla, zimy w Europie są coraz ostrzejsze.

Się zmienia, się ociepla, są ostrzejsze, ale nie przez słabnięcie Golfstromu, bo ten wcale nie słabnie i nauka musi poszukać innego wyjaśnienia.


Tagi: torty
00:03, ewamaria030
Link Komentarze (44) »
sobota, 16 czerwca 2012

Zawsze chciałam pojechać do Dublina na Bloomsday. Nigdy mi się nie udało, ale pojechał mój kolega. I to akurat w roku 2004 czyli dokładnie w sto lat od wydarzeń opisanych w "Ulissesie". Pisywaliśmy do siebie maile i im bliżej było 16 czerwca, tym bardziej go molestowałam. Bo Bloomsday można wprawdzie obchodzić wszędzie, na przykład w Berlinie, i jest to wtedy zwykłe święto literackie ku czci Jamesa Joyce'a, ale jednak w Dublinie jest to faktycznie dzień Blooma i trzeba go zacząć od zjedzenia... no i proszę, już mamy zagadkę. Co zjadł Leopold Bloom, bohater "Ulissesa", na śniadanie 16 czerwca 1904 roku?
Zagadkę rozwiązała Heimchen - nerkę wieprzową.

Wikipedia Commons!!!

Ciocia Wiki pisze, że pierwsze obchody Bloomsday miały miejsce w roku 1954, a w roku 2004 urządzono wielki festiwal trwający pięć miesięcy. Nie był to jednak wystarczający argument dla Dietricha, który przez cały czas pobytu w Dublinie nie wychodził z domu, twierdząc, że bez przerwy pada. Nawet informacja, że częścią obchodów jest obfite śniadanie z piwem (ale, o dziwo, wcale nie to opisane przez Joyce´a) oraz nocne wędrówki po barach, nie zdołały go przekonać.
A ja, naiwna myślałam, że Dietrich nie tylko przejdzie całą trasę wędrówki Blooma, to jeszcze się przebierze w strój sprzed stu lat. Ja bym się przebrała za Norę Barnacle. Pomyśleć, że pisarz umieścił całą akcję swej powieści tego właśnie dnia, bo była to data jego pierwszej randki z Norą.

Leopold Bloom zjadł bardzo nietypowe śniadanie. Tymczasem istnieje coś, co podano na owych wspomnianych wyżej uroczystościach, i co nazywa się wprawdzie klasycznym śniadaniem irlandzkim, ale jest śniadaniem... angielskim, a które składa się z następujących elementów:

  • smażone kiełbaski wieprzowe (sausages);
  • smażone plastry bekonu (rashers);
  • jajko sadzone lub jajecznica (scrambled eggs);
  • white pudding (rodzaj białej kaszanki) lub black pudding (rodzaj czarnej kaszanki);
  • pieczony pomidor (oven-baked tomato);
  • hash brown - podobny do polskiego placka ziemniaczanego, ale smażony na głębokim tłuszczu;
  • tosty;
  • frytki lub pieczone ziemniaki;
  • fasolka w sosie pomidorowym;
  • smażone pieczarki;
  • kawa lub herbata, z reguły podawane z mlekiem i cukrem.

Wikipedia Commons!!!

Znam to śniadanie na pamięć, bo w czasach studenckich pracowałam jako kelnerka w eleganckim klubie dla kobiet w Londynie na Cavendish Square. Przewodniczącą klubu była księżniczka Anna, a klub założono jako kobiecy odpowiednik słynnych londyńskich klubów męskich. Kelnerki - same Irlandki, jedna Włoszka i ja - mieszkały na poddaszu, miały jednoosobowe pokoiki, własny salon i wspólną pokojówkę, która przynosiła nam morning tea, sprzątała i raz na tydzień zmieniała nam pościel.

Miałyśmy dyżury poranne, w porze lunchu, podczas five o'clock i wieczorem. Ja najbardziej lubiłam dyżury poranne, zaczynające się o 6. Na pół śpiąc napełniałam małe szklaneczki sokiem grapefruitowym i pomarańczowym, a potem zaczynał się dwugodzinny maraton smażenia kiełbasek, pomidorów, boczku i jajecznicy. Według nieznanych mi zasad zostało szczegółowo ustalone, jaką część tej smażeniny wykonują kelnerki, a jaką kucharze, na pewno to my smażyłyśmy bekon i robiłyśmy grzanki. Szczytem moich osiągnięć jako (niewykwalifikowanej bądź co bądź) kelnerki było potknięcie się koło stolika dwóch eleganckich, ubranych na biało ladies. Utrzymałam jednak wszystko, złapałam nawet - zręcznie podsuwając tacę - jajecznicę wyślizgującą się ze srebrnej miseczki na kolana jednej z pań. Obie przyjrzały mi się badawczo i gdy pochwyciłam jajecznicę, kiwnęły głową. Do dziś mam nadzieję, że z uznaniem. Ciekawe, czy wyleciałabym z pracy, gdybym jednak usadziła jajka na owej plisowanej spódnicy.

Obsługa jadała to samo, co dostawali goście. Mieliśmy osobną salę i kelnerkę, która nam podawała posiłki. Kucharz był Francuzem, przygotowywał mistrzowsko flądrę w maśle, kaczkę po pekińsku, mus czekoladowy i Irish stew. Innych potraw nie pamiętam, ale Irish stew i owszem, bo było to danie świetnie opisane w uroczej książce Jerome'a "Trzech panów w łódce". Występuje tam zresztą jako "potrawka irlandzka". Tu oto jest tekst, z którym należy się zapoznać, zanim człowiek zacznie sam przygotowywać Irish stew.

Wikipedia Commons!!!

Stobhach Gaelach

GULASZ
ok. 1 kg jagnięciny
1,5 kg ziemniaków
1 kg marchewki
3 cebule
łyżka świeżego tymianku
świeżo posiekana pietruszka
i szczypiorek do dekoracji
masło
sól, pieprz

         

WYWAR
kości
1-2 marchewki
2 cebule
1 seler korzeniowy
1 pietruszka korzeniowa
1-2 listki laurowe
2 gałązki tymianku
pół pęczka pietruszki
6-10 ziaren pieprzu

Kości wrzucamy do dużego garnka, dodajemy grubo pokrojone marchewki, cebule, seler i pietruszkę, zioła, pieprz i łyżkę soli. Zalewamy 3 litrami wody, gotujemy na małym ogniu przez 2 godziny. Całość odcedzamy do garnka. Redukujemy wywar do ok. 1,5 litra - jeśli nie pamiętacie, jak, to tu jest informacja. Doprawiamy solą i pieprzem.

Robimy gulasz: mięso kroimy w grubą kostkę. Obieramy ziemniaki i kroimy w kawałki wielkości pokrojonego mięsa. Obrane ziemniaki wkładamy do wody, żeby nie ściemniały. Obieramy marchewki i kroimy w talarki. Cebule kroimy w krążki.
Do brytfanny wkładamy kawałki mięsa, dodajemy 1-2 łyżki masła i zalewamy przygotowanym wywarem. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy na mniejszym ogniu przez 15 min, zbierając z wierzchu "szumowiny".
Dodajemy pokrojone ziemniaki, cebule oraz marchewki i gotujemy przez kolejne 25-30 min, aż mięso będzie delikatne, a ziemniaki i marchewki ugotowane. Pod koniec wrzucamy świeży tymianek i doprawiamy do smaku solą oraz pieprzem.
Przykrywamy gulasz i odstawiamy na 10-15 minut. Podajemy z posiekaną pietruszką i szczypiorkiem.

piątek, 15 czerwca 2012

Domki dla lalek to marzenie wielu małych dziewczynek. Jednak to nie tylko zabawka dla dzieci, mogą stać się one fascynującym hobby - pasjonaci budują lub kolekcjonują przepiękne, dokładne w każdym szczególe domki. Mogą one też stanowić dokument danej epoki odzwierciedlając jej realia, ukazując jak kiedyś żyli ludzie.

Na początku trochę historii.                                            

Domki dla lalek znane były już w starożytności – w wykopaliskach i grobach dziecięcych z tego czasu znajdowane są domki z mebelkami wykonanymi z gliny, brązu, cyny czy też ze srebra. Najstarszym potwierdzonym historycznie domkiem dla lalek jest prezent Albrechta V Bawarskiego dla córki. Było ta małe dzieło sztuki, z kunsztownie wykonanymi miniaturkami rezydencji książęcych - nie sądzę by mała księżniczka mogła się nim bawić. Pewnie stał w jednej z komnat podziwiany przez przybyłych gości i domowników. 
XVII i XVIII wiek to czas kiedy niezwykła popularność uzyskały domki dla lalek w Niemczech, w których traktowane były jako „zabawki edukacyjne”. Modne także były w tym czasie w Anglii, Holandii, Francji i we Włoszech.                                                                           
Z historią domów dla lalek związane są także dwie królowe angielskie. Wielką ich miłośniczką była królowa Wiktoria – w czasie jej panowania powstał „Kredensowy Dom Wiktoriański”. Z kolei królowa Maria w prezencie urodzinowym otrzymała „Dom lalek królowej Marii”, który obecnie znajduje się na zamku królewskim w Windsorze. Jest to jeden z najpiękniejszych domków, jakie do tej pory powstały. Z zewnątrz to miniatura XVIII w zamku Windsor, wnętrze zaś przedstawia rezydencję królewską z lat współczesnych królowej. Budynek wyposażony jest w światło elektryczne, windy, ciepłą wodę i kanalizację sanitarną, w garażach znajdują się repliki samochodów używanych przez rodzinę królewską. Wnętrze pałacu wypełnione jest przez meble, zastawy stołowe, miniaturowe butelki z prawdziwym winem, książki oprawione w skórę. Oprócz swego uroku, tego że zachwyca on swym pięknem i rozmachem jest on także dokumentem historycznym ukazującym życie rodziny królewskiej.

ze strony pani Anety Popiel-Machnickiej

Dom dla lalek królowej Marii

Wielką popularnością cieszyły się także pojedyncze pokoje (zwłaszcza kuchnie), które składały się z trzech ścian i podłogi. W środku znajdowało się wyposażenie (meble, sprzęt gospodarstwa domowego) jak np. pokazana na zdjęciu kuchnia norymberska.

ze strony pani Anety Popiel-Machnickiej

Kuchnia norymberska – XVIII w.

Domki na masową skalę zaczęły być produkowane już w XIX w. Większość z nich wykonywana była wówczas z papieru i kartonu, a także z drewna. Później do produkcji zaczęto wykorzystywać tworzywa sztuczne.

W Polsce wielką pasjonatką domów dla lalek jest Aneta Popiel-Machnicka. Kolekcjonuje je, restauruje, a te współczesne adaptuje na te z minionej epoki, wyposażając w sprzęty. Prowadzi ona stronę internetową, która jest kopalną wiedzy na temat domków dla lalek, ich historii, zawiera też wiele cennych porad praktycznych dla osób, które chciałyby same zbudować domki. Można tam też obejrzeć dzieła jej autorstwa – zapewniam Was są przepiękne.

ze strony pani Anety Popiel-Machnickiej

To dom krawcowej – autorstwa pani Anety – mieszkankami jego są 15 centymetrowa krawcowa i jej klientka.

Gdyby ktoś miał ochotę obejrzeć domki dla lalek obecnie w Kielcach w Muzeum Zabawek i Zabawy prezentowana jest wystawa tematyczna im poświęcona.

W mojej biblioteczce znajduje się książka Agot Gjems-Selmer, „Nad dalekim cichym fiordem”, w której jeden z rozdziałów zatytułowany jest: „Dom lalek”. Oto jak autorka opisuje domek:

„Kiedy Tordis kończyła szósty rok, spełniło się jej wielkie marzenie: dostała prawdziwy dom dla lalek. (...) A dom lalek był naprawdę prześliczny. Opowiem wam, jak był urządzony.

Trzy duże pokoje, które miały szerokość trzydzieści osiem centymetrów, a długość pięćdziesiąt dziewięć centymetrów. (…). Jeden pokój umieszczony był nad drugim, tak że tworzyły dwa piętra. Cały dom miał metr i trzydzieści centymetrów wysokości i stał na nóżkach wysokości dziesięciu centymetrów. Tylna ściana nie miała zupełnie okien, w bocznych ścianach we wszystkich pokojach było po jednym oknie, a w bawialni dwa okna. Na parterze była sypialnia, na pierwszym piętrze bawialnia, a na drugim jadalnia. Cały dom był zaopatrzony we wszystko i urządzony jak najwygodniej (…). 

Matka wybierała tylko rzeczy potrzebne i użyteczne, bo zawsze mówi, że sprzęty są do użytku, a nie jedynie dla ozdoby. (…). Więc też wybierała do naszego domu proste i skromne, a ładne rzeczy. Przede wszystkim pomalowała ściany i sufity pięknymi, jasnymi i żywymi kolorami, a że przez duże okna wpadały promienie słoneczne, więc w pokojach lalek było bardzo jasno i wesoło.

Meble do jadalni przywiózł nam pastor w podarunku – były chyba najładniejsze ze wszystkich. Wszystko w stylu norweskim. Jasne drzewo i barwne ozdoby. Był prześliczny kredens z różnymi półkami i szufladkami, a także doskonały stół i sześć wygodnych krzeseł z wysokimi poręczami. Od sufitu zwieszała się duża lampa, która oświetlała wieczorem cały pokój (…).
Na kredensie matka ustawiła serwis ze znanej porcelany z Kopenhagi, różne potrzebne w gospodarstwie naczynia, srebrne i miedziane – wszystko było takie ładne, prawie że ładniejsze od kredensu matki. W szufladzie leżały maleńkie, pozłacane nożyki i widelczyki, a w kredensie stały różne potrawy w miseczkach – pieczony drób, szynka, ser, ogórki, żeby lalki mogły dobrze się odżywiać.

W bawialni było jeszcze piękniej. Staroświeckie meble przypominały dawne, odległe czasy, znane z historii. W jednym rogu stała wielka sekretera z mnóstwem szufladek, przy której można było doskonale pisać, a przed nią wygodny fotel. W drugim rogu był fortepian, nad nim lustro w pięknych starych ramach. W trzecim rogu był kącik dla matki, cały zastawiony różami, liliami i palmami – niby oranżeria. Na wszystkich posadzkach leżały znane z piękności dywany norweskie, odznaczające się cudnym doborem kolorów. A na ścianach wisiały piękne pocztówki norweskie, które wyglądały jak prawdziwe obrazy. W rogach były pęki traw i ostów górskich, doskonale zasuszonych. W oknach stały doniczki z kwitnącymi roślinami, a przed oknem, w bawialni wisiała klatka ze wspaniałą papuga. (…). Na dole była sypialnia. Tutaj wszystko było obliczone na wygodę. Stało mnóstwo małych, biało zasłanych łóżek dla wszystkich lalek. W kącie toaleta z małymi grzebieniami i szczotkami i wanna z małym kurkiem i rezerwuarem, a także wielka umywalnia z marmurową płytą.

Ogromnie wesoło bywa wtedy, kiedy lalki kładą się do łóżek. W kącie pali się lampka – wszystko jest takie czyste, miłe i zaciszne, że sama matka miałaby tu ochotę zamieszkać dla odpoczynku.”  

Przygotowują ten wpis korzystałam z informacji z Wikipedii
http://pl.wikipedia.org/wiki/Domek_dla_lalek_%28zabawka%29

oraz informacji i fotografii ze strony
http://www.belleepoque.pl/index.php?id_menu=21
(dzięki uprzejmości Pani Anety Popiel-Machnickiej)

A gdyby ktoś chciał zrobić mały słodki domek, proponuję Chatkę Puchatka

Chatka Puchatka

50 herbatników (prostokątnych)
6 małych serków smakowych (np. waniliowych albo owocowych)
200 g masła
1 szklanka cukru

Na polewę
jedna tabliczka czekolady i np. wiórki kokosowe.

Miękkie masło, serki oraz cukier należy wymieszać – zrobić krem. Herbatniki ułożyć na folii aluminiowej w prostokąt o długości pięciu herbatników a szerokości trzech. Na herbatniki należy ułożyć krem, na to znów prostokąt z herbatników – aż do wyczerpania składników.  Ostatnią warstwę herbatników – 5 sztuk należy położyć na środek i posmarować kremem. Folię należy chwycić z dwóch dłuższych boków prostokąta unieś i połączyć nad ciastem tak by powstał trójkąt. Potem wsadzić do lodówki na około 1 godzinę by stężał krem i utrwalił się kształt trójkąta. Potem rozpuścić czekoladę (można z odrobiną śmietany) i polać nią ciasto, posypać wiórkami. Znów wsadzić do lodówki by całość stężała. Można np. używając serków waniliowych połowę masy wymieszać z kakao i wtedy mamy dwie masy białą i czarną.

foto Panna Konwalia

A na koniec zagadka:

W jednej z książek dla dzieci, bohaterowie, podobnie jak w cytowanej w tym wpisie książce, pochodzą z kraju skandynawskiego. Dzieci wraz z rodzicami wybierają się z wizytą do cioci, której córeczki posiadają domek dla lalek. Domek ten wzbudza zachwyt bohaterek książki.

Jaki jest tytuł, autor oraz jak miała na imię ciocia, której złożono wizytę?

Zagadkę rozwiązała Zona Oburzona: Astrid Lindgren, "Dzieci z Bullerbyn", ciocia miała na imię Jenny.

Osoba, która rozwiążę zagadkę będzie mogła wybrać nagrodę z listy nagród lub też zdecydować się na książkę, o której tytuł mi chodzi i którą zwycięzcy wyślę.

Pozdrawiam

Debiutująca Panna Konwalia

Tagi: ciasta desery
00:32, ewamaria030
Link Komentarze (20) »
czwartek, 14 czerwca 2012

Tym razem Ciotuchna wygrzebała ze swojej pamięci wspomnienia zupełnie nie do śmiechu, a wręcz przeciwnie. Radzę zaopatrzyć się w chusteczki zanim zaczniecie czytać. K.

Przeglądam dziś stare zdjęcia i nagle ... na pozór nic nie znacząca fotografia, na niej obraz na ścianie, fragment pokoju i kawałek biblioteczki. Tak, to w tym miejscu stałam z podniesionymi rękami, oparta o te biblioteczkę, odwrócona twarzą do ściany z gardłem zdławionym ogromnym strachem i świadomością tego, że życie już się kończy. Obok stali matka i ojciec i chyba myśleli to samo, ale nie o swoim życiu, które może nie będzie miało, dalszego ciągu, lecz o moim czternastoletnim. Zacząć trzeba jednak to wspomnienie od początku.

Cichy, pozornie spokojny wieczór. Trzy osoby jedzą skromną kolację. Przyćmione światło, zaciemnione okna, wesoła rodzinna rozmowa i nagle dzwonek do drzwi. Po prostu spokojny dzwonek, nie jak się zazwyczaj opisuje – „ tupot butów na schodach i walenia kolbami w drzwi” … Nie, nic z tego, normalny dzwonek. Otworzył ojciec i w jednej chwili wdarli się do przedpokoju uzbrojeni po zęby gestapowcy. „Ręce do góry” i już ich było pełno w całym mieszkaniu. Strach sparaliżował nogi i zacisnął krtań … stało się to, czego obawialiśmy się przez cały czas. Aktywna praca w konspiracji trzech osób z jednego mieszkania, zebrania, odwiedziny sporej ilości młodzieży – wszystko to nie mogło ujść oku uważnego obserwatora. Teraz zrozumiałam jaka wielka odpowiedzialność spada na moje barki. Od trzech lat byłam łączniczką Wojskowej Służby Kobiet, a potem AK, znałam masę ludzi, adresów, pseudonimów, spraw.

Rewizja, krzyki, bałagan. Kątem oka obserwuję, co się dzieje. Na stole między talerzami leży latarka - stara, podrapana, nie paląca się latarka, a w wydrążonej baterii skrytka. W skrytce raport polskiego wywiadu o ruchach wojsk niemieckich pisany bez szyfru, plany, rysunki. Maleńki zwitek bibułki, a waga jego ogromna. Widzę, jak gestapowiec bierze do ręki tę latarkę, robi mi się gorąco... Odłożył. Zbyt obdrapana, żeby ją ukraść, a zawartości nie mógł się domyśleć. Słyszę w kuchni brzęk tłuczonego szkła, a jeżeli spadł na podłogę słoik z szarą solą?... W nim była karteczka, po którą jutro rano miała przyjść łączniczka. Jutro rano... nie będzie już jutra. Nic nie znaleźli, dobre były nasze skrytki. A bali się tak przy rewidowaniu, że zaglądając za piec pchali tam najpierw pistolet. Bałam się panicznie o rzeczy, które były w znanych mi skrytkach. Potem okazało się, że mama miała swoje skrytki, a ojciec swoje.

Zabierając nas wreszcie, każą się ubierać. W głowie mam pustkę. Uchylają się drzwi wejściowe i do mieszkania wślizguje się kot. Jeden z Niemców chwyta go i wyrzuca na schody. Pustym wzrokiem ogarniam mieszkanie. Nigdy już tu nie wrócę - nić, która wiąże mnie z życiem tu się właśnie urywa. Wychodzimy i w tym momencie otwiera się okno na parterze i nasze postacie  zostają na chwile oświetlone. Okno natychmiast się zamyka. Wychodzimy. Przed oknami nie ma samochodu. Prowadzą nas pustymi ulicami. Może chłopcy zorganizują odbicie? Wiadomo już, że wsypa. Wychodząc zauważyłam na jednym z balkonów wywieszoną czerwoną pierzynę. To znak, że wpadka, ale czy w ciemności ktoś to zauważył? Od chwili przyjazdu Niemców upłynęły dwie godziny. Batalion ojca powinien być już w stanie alarmu. Idziemy otoczeni gestapowcami. Pistolety mają gotowe do strzału, lecz zachowują się cicho. Teraz mijamy dom, w którym mieszka łączniczka „Zorza" i jej dwóch braci podchorążych. Do ulicy przylega ogród - może tu ktoś będzie czekał? Nie, nadal cisza... Bezładne myśli błąkają się po głowie. Straciłam już rachubę czasu. Nie wiem, czy było dość czasu na zorganizowanie akcji. Może zresztą przy tak wyjątkowo cichym zachowaniu się Niemców nikt jeszcze nic nie wie?

Pakują nas do ukrytego pod lasem samochodu. W budzie chyba z dziesięciu gestapowców z pistoletami maszynowymi, przed nami samochód osobowy, a za nami drugi. Poważny musiał być donos na nas, skoro dla aresztowania trojga ludzi dali aż tak dużą eskortę. Bali się odbijania. Teraz już za późno na jakąkolwiek akcję, teraz już przepadło. Siedzimy przytuleni we troje, nie mówimy nic. Matka jest bliska zemdlenia, podtrzymujemy ją oboje. Wzrok ojca jest twardy, kamienny, ja uspokoiłam się zupełnie. Wiem, że muszę udawać absolutne niewiniątko, jestem taka młoda, że mogę to robić z łatwością. Ulice Warszawy. Wiozą nas, niestety, na Szucha. Krótkie spisanie personaliów i do podziemia. Przedtem w pokoju pełnym gestapowców, bardzo krótkie badanie. Ojciec oświadcza, że zna niemiecki, toteż pytają tylko jego. Zresztą dość krótko. Nic z tego nie rozumiem. Prowadzą nas do podziemi i wpychają do osobnych cel, oddzielonych kratami od korytarza. W celi jest kilka osób. Wszyscy siedzą na krzesłach odwróceni tyłem do wejścia. Nie wolno rozmawiać. Siadam, ukradkiem spoglądają na mnie oczy współwięźniów. Widzę u niektórych współczucie, inni mrugnięciem chcą mi dodać otuchy. Teraz myśli moje biegną szybko. Jutro będą mnie przesłuchiwać, będą bić, ale co to jest ból, wszystko można wytrzymać. Wbijam sobie paznokcie w dłonie ... boli, ale można to znieść. Zniosę wszystko, muszę. Wiem, że ode mnie zależy życie innych ludzi. Moje życie się kończy, ale nie może pociągnąć za sobą innych ofiar.

Dziś, z oddalenia widzę, że tej nocy z każdą minutą wewnętrznej dyskusji przybywało mi lat. Świt zastał w celi już nie niedojrzałą dziewczynkę, lecz kobietę dorosłą i pełną poczucia odpowiedzialności. Stwardniałam wewnętrznie, opanowałam się. Wyciągam rękę przed siebie - nie drży, a więc dobrze. To dowód, że jestem spokojna i pogodzona zupełnie ze swoim losem - gotowa znieść wszystko...

cdn...

04:09, ewamaria030
Link Komentarze (14) »
środa, 13 czerwca 2012

Darryla poznałam jakiś rok temu. Zauważyłam go głównie z powodu psa, dużego, czarnego, siwiejącego, który mu zawsze towarzyszył. I z powodu ludzi, którzy z nim gawędzili, śmiali się, obdarowywali różnymi rzeczami. Bo, proszę Panien, Darryl jest żebrakiem i siedzi na ulicy, którą idę do autobusu po pracy. Waham się tu trochę z użyciem słowa „żebrak”, bo kojarzy mi się ono z aktywnym żebraniem, czyli proszeniem o coś. A Darryl nie żebrze, tylko sobie siedzi. Przed sobą ma czapkę, czasami kubeczek, ale nikogo nie zaczepia, o nic nie prosi (czasami „pożycza”). Myślę, że bardziej pasuje do niego określenie „kloszard”. W centrum jest sporo takich ludzi, ale jakoś Darryl wpadł mi w oko. Przyniosłam któregoś dnia do pracy ciastka, zostały mi i idąc do autobusu dałam je Darrylowi. Pogadaliśmy chwilę i tak się zaczęło.

Darryl ma ok. 50tki, jest rudy i ma fantastycznie niebieskie oczy. I jest zawsze uśmiechnięty. A pies nazywa się Muff, jest stary i nie lubi jak go głaskać – gryzie. Nawet Darryla gryzie, podobno jego pierwszy pan się nad nim znęcał.

Photo: Kanadyjka

W związku z tym gryzieniem Darryl opowiedział mi zabawną historię, która mu się przydarzyła. Otóż od czasu do czasu Darryl chodzi do pobliskiego hotelu, żeby skorzystać z toalety. Któregoś dnia, zbliżając się do hotelu zauważył sporą grupę panów w czarnych garniturach kręcących się przed wejściem. Pokazali mu nawet gdzie ma przywiązać psa. Wracając z toalety, kiedy wysiadł z windy zauważył, że z sąsiedniej windy wysiadł nasz premier, Harper. Premier wyszedł z hotelu jednymi drzwiami, a Darryl w sekundę po nim drugimi. I wtedy, ku swojemu przerażeniu, zobaczył, że Harper z wyciągniętą ręką zmierza do przywiązanego psa, najwyraźniej z zamiarem pogłaskania go. Darryl zaczął krzyczeć i biec w kierunku psa, ale okazało się, że za późno. Premier dotknął psa, który złapał zębami za jego rękę. I w tym momencie ochroniarze wycelowali w Muffiego kilka pistoletów. Na szczęście nie strzelili, bo Darryl zdążył dobiec, wytłumaczyć premierowi, że tego psa nie wolno głaskać. Premier przeprosił, ochrona schowała pistolety. Ale co się strachu najadł to jego.

Codziennie Darryl przemierza na piechotę ok. 10 km, aby dotrzeć na swoje miejsce pod ścianą. To jest jego praca.  Jak mi zdradził, nawet się do tej pracy odpowiednio ubiera (ma zniszczone ubranie, potargane włosy, brudne ręce). „Ja, proszę pani, nie zawsze tak wyglądam. Jak wracam do domu to biorę prysznic, wkładam porządne ciuchy, czeszę się. Nie poznałaby mnie pani”.  Dla psa zresztą to siedzenie pod murem to też jest praca, którą bardzo poważnie traktuje. „Jak mi się nie chce wstać w poniedziałek rano, to Muff zwala mnie z łóżka, przynosi mi torbę, którą zawsze noszę ze sobą, i jest gotowy do wyjścia. Nigdy tak się nie zachowuje w weekendy, to jest mądry pies i wie, kiedy mamy iść do pracy.”

W zimie Darryl postanowił, że pies jest już za stary na przesiadywanie cały dzień pod ścianą i powinien „przejść na emeryturę”. Urządził nawet uroczyste pożegnanie psa pod swoją ścianą. I nie udało się. Muff odmawia zostawania w domu i nadal towarzyszy Darrylowi, który tylko rozkłada ręce i śmiejąc się mówi „z nim nie wygram”.

Z Darrylem można rozmawiać o wszystkim, o polityce, o książkach, o ludzkich obyczajach. Złościł się ostatnio na tych, jak się wyraził, „gówniarzy”, którzy okupują różne miasta (Ottawę też).  „Niech któryś z nich usiądzie tu na moim miejscu i posiedzi w każdą pogodę. A potem niech idzie do mojego zapluskwionego domu i zrobi sobie kluski z serem, bo tylko na tyle będzie go stać. Wtedy porozmawiamy.”

Darryla znają wszyscy w okolicy. Niedawno jakaś paniusia zaalarmowała policję, że Darryl znęca się nad psem. Rzeczywiście, Darryl pokrzykiwał na psa i ciągnął go na smyczy, bo pies się uparł, że nigdzie nie pójdzie i tylko krzykiem dało się go do czegoś zmusić. Na szczęście wezwanie odebrał policjant, który zna Darryla  i Muffiego i skończyło się na pokiwaniu palcem. Ta pani po prostu nie wiedziała, że Darryl prędzej sam będzie głodny niż oszczędzi na psim jedzeniu, że Muff ma u Darryla w domu osobistą kanapę do spania, że Darryl niedawno kupił psu dobrego wołowego kotleta na urodziny a sam jadł makaron z serem, że niedawno jeden z przechodniów chciał wziąć Darryla na lunch, a Darryl podziękował i poprosił go żeby mu kupił torbę jedzenia dla psa.

****

Napisałam początek tego tekstu już dawno, ale jakoś nie mogłam się zdecydować na jego opublikowanie. Teraz chyba jednak nadszedł czas, bo Darryl jest bardzo chory (chociaż ciągle siedzi pod murem), ale nie wiem jak długo to będzie trwało. Powiedział mi zresztą, że dopóki pies żyje i on będzie żył, ale jak psa zabraknie to życie straci sens.

Wspomniany wyżej makaron z serem (macaroni and cheese) to najtańsze jedzenie sprzedawane tutaj w pudełkach zawierających trochę klusek i sproszkowany ser. Wystarczy dodać wodę lub mleko i jest obiad za dolara. 

Ale można i zrobić zdrowszą i smaczniejszą wersję tej potrawy. Podaję tu przepis według szefa Michaela Smitha.

Makaron z serem

½ kg makaronu penne
3 łyżki masła
2 ząbki czosnku, posiekane
2/3 szklanki mąki
5 1/2 szklanki mleka
¼ szklanki białego wina
½ kg żółtego sera (cheddar), startego na grubej tarce
2 łyżki musztardy
1 łyżka papryki sproszkowanej
szczypta Cayenne
kilka kromek bułki podartej na spore kawałki
oliwa

Kluski penne ugotować  al dente w osolonej wodzie. Odcedzić.  

Roztopić masło na małym ogniu, dodać czosnek, zamieszać, dodać mąkę. Mieszać aż utworzy się gładka pasta. Powoli dodawać wino, mieszając żeby nie powstały grudki. Dodawać stopniowo mleko, cały czas mieszając. Masa powinna być dosyć gęsta. Dodać ser, musztardę, paprykę, Cayenne i sól. Zamieszać. Dodać kluski, zamieszać.

Wlać wszystko do żaroodpornego naczynia. Na wierzchu położyć chleb przesmażony na rumiano z odrobiną oliwy.

Zapiec przez 30 minut w piekarniku rozgrzanym do 180°C.

No i jeszcze zagadka. Z jakiej książki pochodzi ten cytat?

I któregoś wieczoru Gnat zrozumiał. Poruszył ogonem. Polizał ręce mężczyzny, niespokojny i wzruszony. Julian co prędzej uwolnił go z powroza. A Gnat zaczął biegać i skakać wokół swego wczorajszego wroga, poszczekując przy tym. Cóż za radość dla obydwu!

Gnat skakał na swego pana – bo był to teraz jego pan – a ten klepał go i obsypywał pieszczotliwymi przekleństwami, bo ludzie tego gatunku potrafią ranić i hołubić tymi samymi słowami: różnica tkwi tylko w tonie.

Odpowiedziała Ewa Maria: Alegria Ciro, Głodne psy (Los perros hambrientos wyd. w r. 1939 I wyd. polskie 1979)

Gorace pozdrowienia z Kanady. Kanadyjka.



Tagi: makaron ser
01:09, ewamaria030
Link Komentarze (19) »
wtorek, 12 czerwca 2012

Jakiś czas temu otrzymałam informację od Panny Prymarnej, że dzięki jej inicjatywie otrzymam od Wydawnictwa Literackiego książkę: zbiór opowiadań czeskich autorów. Niezmiernie się ucieszyłam, ale i wzruszyłam... Książka dotarła do mnie chwilę przed swoją premierą. Zabrałam się do niej nie od razu, nieco dojrzewała... Od razu zaznaczam, że nie przeczytałam jej całej. Są to opowiadania. A skoro tak, to przyjemność sobie dozuję.

Panna Prymarna wskazała mnie jako czytelniczkę Kury, która lubi literaturę czeską. Po wstępnym zapoznaniu się z zawartością tomu, czyli głównie z notami biograficznymi autorów, uświadomiłam sobie, jak niewiele czeskich autorów znam. Zresztą nie tylko ta książka dała mi do myślenia. Również lektura książek Mariusza Szczygła: Gottlandu i Zrób sobie raj, czy Láski nebeskiej. Albo wpis Panny Prymarnej, po którym zamówiłam na allegro Miasteczko na dłoni oraz (żeby się bardziej opłacało) Bajki czeskie, obie autorstwa Jana Drdy. Nawiasem mówiąc, ku mojemu zdziwieniu sprzedający zakwalifikował opisywaną przez Pannę Prymarną książkę jako lekturę dla III-IV klasy szkoły podstawowej... Teraz z kolei stopniowo czytam też Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów Mariusza Surosza. Im więcej czytam, im więcej już wiem, tym bardziej czuję, że przeczytałam mało i nie wiem nic. Paradoks, prawda? A jednak logiczny i słuszny. W związku z tym nie mam innego wyjścia. Jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć B. Skoro mam być specjalistką, trzeba się wziąć do roboty. I czytać, czytać, czytać!
książki
Láska nebeská to zbiór felietonów Mariusza Szczygła, każdy z nich odnosi się do jednej z książek z czeskiej kolekcji wydanej przez agorę. Oprócz tego zamieszczono w niej kilka gratisowych reportaży. Książka ma przyjemny format, zmieści się niemal w każdej damskiej torebce. Poszczególne pozycje z kolekcji stanowią dla autora tylko punkt wyjścia do snucia opowiastek na przeróżne tematy. Warto, naprawdę warto. Przyszedł mi do głowy szalony plan. Opowiadania będę czytać stopniowo. I przecież każde z nich może stać się przyczynkiem do kurowpisu! Mam nadzieję, że pan Mariusz Szczygieł nie potraktuje tego jako plagiat.
 
We wstępie do swojej książki Mariusz Surosz zauważa, że polskim powszechnym myśleniem o Czechach rządzi stereotyp pepika: Czecha beztroskiego, konformisty, zajmującego się głównie piciem piwa oraz słuchaniem Karela Gotta i Heleny Vondrackovej. Coś w tym jest, prawda? Tymczasem XX wiek w historii tego kraju to okres trudny, skomplikowany, pełen dramatycznych wydarzeń. Albo o nich nie wiemy, albo nie pamiętamy. A w relacjach Polaków z Czechami bywa czasami jak w pamiętnym odcinku Hotelu Zacisze, gdy Basil Fawlty podejmował gości z Niemiec. Tylko w tym przypadku trudnym tematem nie jest II Wojna Światowa, tylko 1968 rok i inwazja wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację.

Tom opowiadań czeskich autorów zawiera przekłady, które nigdy dotąd nie były publikowane w Polsce, to było podstawowe kryterium przyjęte przez tłumaczy. W związku z tym nie jest to może wybór dający dokładny ogląd czeskiej literatury. Brakuje na przykład opowiadań Oty Pavla, ale rzeczywiście są one stosunkowo dobrze u nas znane. Ale i tak lektura tego tomu poszerza wiedzę o twórczości naszych południowych sąsiadów.

Tom otwiera opowiadanie Saksofon basowy. Jego autor Josef Škvorecký  był u nas drukowany, choć część jego utworów nie została jeszcze przetłumaczona. Biję się w pierś, gdyż niewiele o nim wiedziałam. A jest on uważany wraz z Hrabalem i Kunderą za jednego z trzech najważniejszych pisarzy czeskich drugiej połowy XX wieku. Josef Škvorecký przez większą część życia mieszkał w Kanadzie, podjął decyzję o pozostaniu na emigracji w pamiętnym 1968. Już wcześniej podpadł władzy, jego utwory były znane w ojczyźnie dzięki drugiemu obiegowi, u nas zresztą podobnie. Wraz z żoną założył w Toronto ważne dla literatury czeskiej i słowackiej wydawnictwo Sixty-Eight Publishers. W 2009 roku otrzymał we Wrocławiu nagrodę Angelus za książkę Przypadki inżyniera ludzkich dusz. Zmarł w tym roku 2 tygodnie po tym, jak odszedł Vaclav Havel, z którym się przyjaźnił. Na mojej półce nie ma na razie Inżyniera..., ale mam Batalion czołgów, zwany czasem Szwejkiem do kwadratu. A póki co przeczytałam Saksofon basowy. Utwór ten wydawał mi się po trochu bajką, wspomnieniem, marzeniem, rozdrapywaniem ran młodości, przy czym utwór nie jest pozbawiony tak charakterystycznej dla Czechów autoironii. Rzecz dzieje się podczas II Wojny Światowej. Bohater czuje się rozdarty, ma bowiem szansę zagrać na bardzo rzadkim saksofonie basowym, instrument należy Opowiadaczejednak do niemieckiej orkiestry, która do małego miasteczka przybyła, aby zagrać dla nazistowskich oficjeli. Jest strach, ale również pokusa, saksofon basowy jest czymś naprawdę unikatowym. Ale jest wojna, a dla mieszkańców będzie to zapewne kolaboracja z okupantem... Słuchowisko Polskiego Radia na podstawie tego opowiadania zdobyło w 2005 roku Grand Prix festiwalu Dwa Teatry, poświęconego teatrowi radiowemu i telewizyjnemu. Zainteresowani mogą odwiedzić pewne sympatyczne zwierzątko, które chętnie dzieli się różnymi dobrami ze swojej spiżarni. Słuchowisko Saksofon basowy też tam jest. Zostało rzeczywiście ciekawie zrealizowane. Towarzyszą mu przyjemne jazzujące dźwięki saksofonu. Nie mogło być inaczej, Josef Škvorecký był wielbicielem jazzu i widać to w jego twórczości, w której wg źródeł przewija się mnóstwo autobiograficznych wątków.

Opowiadanie Josefa Škvoreckiego i inne, o których na pewno napiszę, można przeczytać w zbiorze Opowiadacze. Nie tylko Hrabal. Autorzy najlepszej prozy czeskiej. Pozycję otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego i Panny Prymarnej. Jak ładnie jest wydana, możecie zobaczyć na zdjęciu.

Zagadka. Skoro jednym z bohaterów opowiadania jest saksofon, moje pytanie będzie związane z pewnym instrumentem. Pisarz - muzyk - aktor. O co pytam? Kto się kryje pod poszczególnymi elementami tego łańcucha? Proszę podać dodatkowe szczegóły na ten temat. Ale jak się wie, o co chodzi, to będzie to bardzo łatwe.
Odpowiedziała Konsti: "Kontrabasista", opowiadanie Süskinda. A aktor to Jerzy Stuhr.

Literaturę czeską przyjemnie czyta się w zaciszu ogródka z czeskim piwem pod ręką. Ale nawet najlepsze czeskie piwo nie smakuje tak dobrze, jak piwo zagryzane czymś smacznym. Na szybko można zrobić ciasteczka z gotowego ciasta francuskiego. Oczywiście jeśli ktoś umie własnoręcznie przygotować ciasto francuskie, nie musi korzystać z gotowego. Ja korzystam. Wychodzę z założenia, że nie ma sensu zabierać się za ten wcale niełatwy specjał po to, by zrobić przekąskę do piwa...  Potrzebujemy:

Opakowanie ciasta francuskiego
Ser: żółty lub pleśniowy, pokrojony na nieduże kawałeczki
Pesto z suszonych pomidorów, pastę z bakłażana lub z papryki itp., ewentualnie keczup
rozbełtane jajko

Uwaga: właściwie ciasteczka te pochodzą z gatunku potraw na winie, czyli co się nawinie pod rękę... Jeśli coś lubimy, zapakujmy to w ciasto francuskie, będzie dobrze.

Ciasto kroimy na kwadraty. Środek każdego kawałka smarujemy wybraną pastą, kładziemy kawałek sera. Brzegi smarujemy jajkiem. Zawijamy w rulonik, zlepiamy dokładnie, żeby ser nie wypłynął tak, jak można dojrzeć na zdjęciu... Z wierzchu smarujemy jajkiem i posypujemy sezamem. Pieczemy około 15 minut w 200 stopniach.

ciasteczka do piwa

pozdrawiam
Żona Oburzona

Tagi: przekąski
00:16, ewamaria030
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 11 czerwca 2012

... czyli jak spędzać lato. Pisałam już o tym, że lato należy spędzać w Berlinie, a nie wyjeżdżać gdzieś za granicę z całymi tłumami tych, którzy myślą, że czasy stoją w miejscu i wakacje wciąż jeszcze są latem. Latem najprzyjemniej jest we własnym mieście, bo znasz tu wszystkie kąty i wiesz, gdzie i jak bronić się przed upałami. A na wakacje wyjeżdża się wiosną i jesienią oraz - oczywiście - jak ktoś jeździ na nartach - to i zimą. Choć od zeszłego roku mamy w Berlinie świetne miejsce do jazdy na biegówkach... Ale o tym zimą. Na razie (nareszcie) jest lato i, oprócz wylegiwania się na balkonach i zbierania poziomek w ogródkach, w celach towarzyskich udajemy się na piknik. Uwaga - nie na grilla, grill się spauperyzował - na prawdziwy piknik. Najlepiej taki z koszem piknikowym (są nawet miejsca, gdzie kosz można wypożyczyć). 

Zrobiliśmy dziś sobie piknik na placu zabaw nad Szprewą. Za plecami mieliśmy synagogę, przed nosem, ale po drugiej stronie rzeki - Wyspę Muzeów. Trzecią ścianę tworzył ustawiony na dachu starego bunkra kompleks dziwnych budynków - zaplecze teatru ulicznego z zawieszonym w powietrzu kryształowym żyrandolem i wiejską chałupę przeniesioną żywcem z granicy polsko-ukraińskiej. I wreszcie z czwartej strony - basen dla dzieci. Do najbliższej stacji kolejki 5 minut, sam środek miasta, zaraz za rogiem tłumy turystów, a my tu jak w raju - do wyboru na trawie lub na piasku, pod drzewem lub w słońcu. Mnóstwo jedzenia, plac zabaw dla dzieci pod nosem, wszystko otoczone płotem, żeby dzieci nie uciekły, a naokoło park.

märchenhütte

Przygotowałam na tę okoliczność dwie potrawy, mające wypełnić życzenie Zony Oburzonej - tartę i kanapki.
Tarta z porami i ogórkami miała wyglądać jak piłka - moi przyjaciele, ludzie kochani, gromko zakrzyknęli, iż oczywiście wygląda, ale niestety muszę uczciwie przyznać, że do "Tanga 12" jej daleko. No cóż, niektórym brak talentów plastycznych i nic się na to nie poradzi.

piknik nad Szprewą

Natomiast kanapki z bryndzą zostały udekorowane tak, że w zależności od kompozycji mogły służyć jako flaga polska lub rosyjska.

piknik nad Szprewą piknik nad Szprewą

Letnia tarta wyszła przepyszna, podam więc przepis, bo wprawdzie tarta już u nas bywała, ale nadzienia z porów i ogórków jeszcze nie było.

Zanim jednak opiszę jak się robi tartę ze świeżymi ogórkami, podzielę się pewnym odkryciem - otóż ciasto na tarty, placki i mazurki należy piec wysypując formę grochem. Grochu nigdy pod ręką nie miałam, a żadne zastępstwa, jakieś kasze i soczewice, nie zdawały egzaminu. A dziś wymyśliłam, ach, wymyśliłam, sama, osobiście, głową własną...

łyżki zamiast grochu

Tam pod spodem piekło się ciasto przez 8 minut, potem piekło się jeszcze 2 minuty bez sztućców i folii, i jeszcze kolejne dwie minuty posmarowane musztardą. Potem położyłam na nim warstwę plastrów oscypka, dwa duże pory pokrojone w plasterki, uduszone w oliwie i rosołku oraz - osobno - obrane i pokrojone świeże ogórki (ćwierć kilo), też uduszone w oliwie i doprawione koperkiem.

Całość zalałam mieszaniną kwaśnej gęstej śmietany (2 kubeczki), jajek (2) i utartego oscypka (na oko, ale nie skąpić - oczywiście może być inny ser o mocnym smaku). Ułożyłam pomidory, żeby udawały piłkę i piekłam w temperaturze 180 st. C przez pół godziny.

A w międzyczasie wymyślałam zagadkę. A właściwie nie ja tylko Kenneth Graham. Bo odpowiedź, podana przez Pannę Konwalię, brzmiała: O czym szumią wierzby - Nad brzegiem rzeki. 

Kret westchnął z zadowoleniem całą piersią i rozparł się wygodnie na miękkich poduszkach.
— Cóż to za nadzwyczajny dzień dla mnie! — wykrzyknął. — Płyńmy w tej chwili!
— Proszę o trochę cierpliwości — rzekł Szczur.
Przywiązał linkę od łódki do żelaznego kółka na przystani (...) i po krótkiej chwili ukazał się zgięty pod ciężarem dużego, wiklinowego kosza z prowiantem.
— Podsuń to pod nogi — powiedział do Kreta. podając mu kosz. Po czym odwiązał linkę i wziął się do wioseł.
— A co tam jest w środku? — spytał Kret, który skręcał się z ciekawości.
— Jest kurczę na zimno — zaczął wyliczać Szczur — ozór na zimno, szynka, pieczeń na zimno, marynowane korniszony, paszteciki, kanapki z rzeżuchą, pasztet, piwo, lemoniada, woda sodowa.
— Dość już, dość! — wołał zachwycony Kret — Za wiele tego wszystkiego!
— Czy doprawdy tak uważasz? — zapytał Szczur z powagą. — Zabieram zwykle taką właśnie ilość zapasów na krótkie wycieczki...

Zagadka brzmiała: co to za książka i kto ukrywa się za literkami K i S?

niedziela, 10 czerwca 2012

Wpis napisała Heimchen. Po polsku! Dla tych, którzy tego może nie zauważyli, Heimchen jest Niemką.
Niemal nic w tym poście nie poprawiałam!


Po raz pierwszy spotkałam "Eврейский Салат" na początku lat 90 na
Bialorusi. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

Tu w Niemczech zjadłam to tylko na imprezach z rosyjskim udziałem lub sama ją przyniosłam. Wczoraj do grilla w mojej parafii Św. Jana w Moabicie pewien Fin wniósł coś podobnego, wygladając identycznie, tylko bez najważniejszego składnika - czosnku.

sałatka żydowskaTwierdził, że to Munavoi (Karjalanpiirakka) smarowidło na  pierogi karelskie. Karelia historycznie by pasowała do rosyjskiego zakorzenia tej zakąski, podobnie jak poradzieckie kresy i teren dawnego rosyjskiego zaboru Polski. Tam w barach mlecznych sprzedają ją z ziemniakami, szczypiorkiem, bez czosnku, ale pod tą samą nazwą - sałatka żydowska. Skąd ona sie bierze?
Chyba o tym pytałam już wszystkich Źydow, których znam. Wynik mojej małej ankiety: Ci, ktorzy pochodzą z państw WNP oczywiście znali ten przysmak, pozostali nie. Więc rozszerzam zakres badań i prosiłabym o wypowiedź w komentarzach na pytanie "kto zna sałatke żydwoską, pod jaką nazwą, z których składników i skąd?"

Sałatka żydowska robi sie tak: Jajka gotować na twardo, ucierać na tarce, tak samo masło i żólty ser. Dodać majonez, rozciśnięty ząbki czosnku, sól i pieprz. Im więcej jajek i ser, tym bardziej gęste wychodzi.

sałatka żydowska

O ile wiem sałatka żydowska nie jest doceniona w literaturze piękniej. Jednak cudowną książkę dla dzieci o prahistorii innego "oriental style" posiłku napisał autor, o którym jest moja zagadka.
Przynajmniej dwaj berlinczycy dziś chwalą się wynalazkiem tego rodzaju fast food. Siedem lat temu Wietnamczyk z Augsburgu exportowal te "typowo niemieckie studenckie danie" na daleki wschód i otworzyl swoją budkę przy Instytucie Goethego w Hanoi. Według wymienionego wyżej autora wynalazek ten stanowi nie tylko owoc ludzkiej wyobraźni, lecz jest także dziełem zbiegu okoliczności, które miało miejsce dawno temu w pewnej słynnej dolinie pod Düsseldorfem. Autor poza tym pisał o nowoczesnym zachodnim sprzecie gospodarstwa domowego jego ukrainskiej babci i o życiu codziennym wszy głowowych.
Polecam!


Zagadka: 1) autor i tytuł książki 2) nazwa berlinskiego wariantu tytułowej specjalności kulinarnej 3) Nazwa doliny pod Düsseldorfem, z której pochodzi główny bohater książki.

Zagadkę rozwiązała Ewa Maria: 1/ Meir Shalev (kuzyn Zeruyi Shalev) Jak ludzie pierwotni przypadkiem wynaleźli kebab z r. 1993; pozostałe wymieniane w zagadce powieści to:  Nehama the Louse (1990) oraz Moja babcia z Rosji i jej odkurzacz z Ameryki (2010).
2/ Dönerkebab czyli w skrócie kebab, tradycyjne jedzenie uliczne w Berlinie, tak znane, że każdy kto odwiedza Berlin MUSI go skosztować. Jedzenie tureckie uważane powszechnie, podobnie jak spaghetti bolonese, za potrawę niemiecką.
3/ Dolina Neandertal nazwana tak od pastora i kompozytora Neandra - w r. 1856 odkryto tu pozostałości człowieka nazwanego neandertalskim, który żył wcześniej, a potem równolegle do Homo sapiens, czyli był niejako naszym kuzynem

A ja jeszcze dodam tu wycinek z gazety o innej żydowskiej specjalności - mianowicie "pastrami", który dziś właśnie podesłała mi Ania. Tekst wpisu od Heimchen przyszedł niemal jednocześnie. Wczoraj był szabas, dobry czas na żydowskie przepisy. Po kliknięciu w zdjęcie ukaże się ono w dużym formacie.

W skrócie chodzi o kanapki z dużą ilością mięsa, które z apetytem zjadają nawet odchudzające się panienki.

pastrami

Pastrami pojawiło się w filmie „Kiedy Harry poznał Sally“ w słynnej scenie, gdy Mag Rayan udaje orgazm, a kobieta przy sąsiednim stole mówi do kelnera: "poproszę to samo, co zamawiała ta pani". Trzeba sobie było zamówić pastrami.

To potrawa żydowska, którą jak wiele innych, jak hamburgery i bagiełki, najpierw imigranci, tym razem żydowscy z Rumunii, przywieźli do Ameryki, a potem USA ją oddały Europie. Kanapka z dużą ilością mięsa, serwowana z ogórkiem kiszonym.

Berlińską knajpkę z pastrami otworzyło dwóch DJów „Mogg&Melzer” w budynku dawnej żydowskiej szkoły dla dziewcząt, w sąsiedztwie galerii i wyszukanych restauracji, gdzie jada się koszer. Ale nie w „Mogg&Melzer”. W jadłospisie jest wprawdzie żydowskie jedzenie, ale nie tylko. Można zamówić żydowski rosół z kluseczkami z macy, klasyczną sałatkę "Cezar" czyli zieloną sałatę z paskami pieczonego krczaka, a także - uwaga! - arabską shakshukę – nową modną potrawę, która jest po prostu jajecznicą na pomidorach z cebulką. Czyli wielkie mi mecyje - zawsze się to w Polsce jadało. No ale ogórki w „Mogg&Melzer” są własnoręcznie zakiszone, a chleb żytni osobiście upieczony.

09:01, ewamaria030
Link Komentarze (20) »
sobota, 09 czerwca 2012

Panienka Ania od Krowy i wpisów w kolorze fuksji wyjeżdża na długo i w ostatnim zrywie przedwyjazdowym przesyła jeszcze przepis na muffinki z sugestią, że może wkleję go kiedyś na bloga. Robię to od razu, bo może jeszcze zdążę przesłać Autorce linka zanim wyjedzie.

Foto Panienka Ania

Tu przepis na muffiny. Nie wiem do jakiego wpisu będzie pasował, ale jakaś okazja chyba się znajdzie. Przepis niedawno odkryłam, trochę zmodyfikowałam i okazał się moim przepisem na muffinki numer 1. Nie pamiętam dokładnie proporcji, robię na oko, ale za każdym razem wychodzą pyszne. 

Ponad połowę kostki masła wrzucamy do małego rondelka i zostawiamy na małym ogniu, aż się rozpuści. Zdejmujemy z ognia, dosypujemy cukru pudru i mieszamy. Dodajemy cztery łyżki śmietany, dwa jajka i dwa dojrzałe banany (banany należy wcześniej rozgnieść widelcem), wszystkie produkty cały czas mieszamy. Na koniec dosypujemy mąkę, dwie łyżeczki sody i pół łyżeczki proszku do pieczenia. Ciasto musi być gęste i sprawiać wrażenie idealnego do upieczenia muffinek.

Uwielbiam tak sformułowane przepisy (uwaga moja - Panny Głównej).

Przed włożeniem do piekarnika dodajemy malinki (mogą być mrożone) i tabliczkę białej czekolady (posiekaną na małe kosteczki). Pieczemy w temperaturze 180 stopni, około 20 minut. 

Foto Panienka Ania

Jeżeli zdołamy się opanować i po wyjęciu babeczek z piekarnika nie zjemy połowy blaszki, możemy udekorować je kolorowymi cukierkami. Pszczółki łatwo zrobić z żółtych cukierków, roztopionej czekolady i płatków migdałowych, świnki potrzebują więcej pracy. Musimy rozpuścić na parze kolorowe pianki, zalać je sokiem malinowym (żeby miały ładny różowy kolor), zasypać sporą ilością cukru pudru (żeby się nie lepiły do rąk) i włożyć na chwilę do lodówki. Później możemy lepić figurki jak z plasteliny.

Foto Panienka Ania

Po prawdzie to już prawie cup cake, tyle się na nich dzieje, a pewnie nawet lepsze, bo cup cake są przeraźliwie słodkie. Cup cake to takie muffinki pokryte grubą warstwą kolorowego kremu maślanego. Wyglądają cudownie, ale trudno je zjeść.

Wiąże się z nimi zagadka, którą zadaję ja, Kura Główna, ale za (nieświadomą) przyczyną Pewnej Panny. Otóż Pewna Panna chętnie czytuje tak zwane powieści campusowe i mnie tym zaraziła. Pod jej wpływem przypomniałam sobie kilka powieści, które już przedtem czytałam - "Pnina" i "Pale fire" Nabokova, oczywiście "Świat według Garpa" Johna Irvinga, "Jima Szczęściarza" Amisa Kingsleya, ale Pewna Panna podsunęła mi też sporo nowinek literackich. Między innymi angielskojęzyczną powieść Jonathana Franzena pt. Korekty o dwojgu  starych ludziach, z których on cierpi na demencję, a ona - z powodu dzieci-nieudaczników. Jedno z nich, syn, był przez czas jakiś wykładowcą na wyższej uczelni (to ta część powieści sprawia, że zalicza się do literatury campusowej), gdzie naraził się pewnej studentce. Zanim rzecz rozwinie się w swoistą wersję "Hańby" Johna Maxwella Coetzee (też zresztą książka o wykładowcy wyższej uczelni), studentka owa usiłuje uwieść wykładowcę przy pomocy cup cakes, które chce chyłkiem podrzucić mu na progu. Rzecz się nie udaje, wykładowca przyłapuje dziewczynę i niemal przegania, ciastka jednak zatrzymuje i zjada, narzekając, że za słodkie.

Dodam jeszcze, że cup cakes są w Berlinie bardzo modne i jest tu kilka kawiarni, w których podaje się tylko te przepięknie kolorowe kreacje cukiernicze. Kawiarnie cup cakes założyła Dawn Nelson, amerykańska wizażystka, która przyjechała tu, bo się zakochała. W Berlinie zamiast malować aktorki i panny młode - przystraja ciastka. Chciałam tu umieścić linka, ale po opublikowaniu "się nie linkuje", któż zgadnie dlaczego. Spróbujcie więc wejść sami na stronę i zobaczyć, jak wyglądają owe ciastka.

http://www.cupcakeberlin.de/index1.html

Myślę, że Panienka Ania po powrocie z naukowych wojaży spokojnie może otworzyć w Krakowie kawiarnię z książkami i kolorowymi muffinkami-świnkami.

Tagi: ciastka
00:02, ewamaria030
Link Komentarze (11) »
piątek, 08 czerwca 2012

Tytuł dzisiejszego wpisu to cytat-klasyk. Jego autorem jest  Kazimierz Górski, uznawany powszechnie za najlepszego trenera sportowego w Polsce w XX wieku. Jego orły odnosiły w latach 70 sukcesy, o jakich teraz kibice mogą tylko marzyć. Krótki przegląd  cytatów Kazimierza Górskiego i informacji na jego temat w internecie pozwala sądzić, że może nie był szczególnie genialnym strategiem, ale na pewno miał to, co dobremu trenerowi jest niezbędne - charyzmę. Na poniższym zdjęciu uwieczniłam kilka lat temu grób Kazimierza Górskiego, który pochowany został na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.


Grób Kazimierza Górskiego
Coś na kształt charyzmy musi posiadać ta dyscyplina sportu. Można piłki nożnej nie lubić, można nie rozumieć, można nie oglądać. Ale nie da się zaprzeczyć temu, że żaden inny sport nie porywa całych rzeszy tak, jak ona. W czym tkwi sekret? W prostocie zasad? W tym, że jest to sport, który uprawia się zespołowo, więc mocno wiąże zawodników? W tradycji?

Już Aztekowie kopali piłkę, już w średniowiecznej Wenecji bawiono się w podobny sposób. Potem kopanie piłki dotarło na Wyspy Brytyjskie i mieszkańców ogarnął prawdziwy szał. Zasady bliskie tym współczesnym zostały spisane w XIX wieku głównie na potrzeby angielskich prywatnych szkół, ale zanim to nastąpiło, piłkę przez kilka stuleci kopano, oglądano, zakładano się o wyniki... Zanotowano wtedy w Anglii pierwsze wybryki związane z kibicowaniem, czyli początki tak zwanego teraz w Polsce kibolstwa. Władzom miast i miasteczek nie bardzo się to wszystko podobało, bo ludność kopała piłkę bez opamiętania, zapominając o bardziej pożytecznych zajęciach. Pierwsze piłki zawdzięczamy... świniom, gdyż były robione z wieprzowych pęcherzy. Potem ze skóry, co bywało dość niepraktyczne, teraz mamy różne syntetyki.

To piłkarze są największymi celebrytami pośród sportowców. Najlepszym przykładem może być David Beckham, który wraz z żoną stanowi istotny element popkultury, choć sukcesy sportowe są już w jego przypadku historią. A Jose Mourinho, przez jednych podziwiany, przez innych znienawidzony, intryguje nie tylko ludzi sportu, ale również ekonomistów, którzy jego styl zarządzania drużyną próbują przeszczepić na grunt biznesu.

Piłka nożna przewija się też przez kulturę. Na pewno pamiętacie Paragona, Perełkę i Mandżaro, czyli bohaterów książki Adama Bahdaja i serialu Do przerwy 0:1. Chłopcy marzą o wygraniu turnieju drużyn podwórkowych. W tle można było obserwować powojenną Warszawę. Niedawno przypadkiem trafiłam na film Podkręć piłkę jak Beckham. Pozycja z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych. Tutaj w piłkę gra dziewczyna i to w dodatku z hinduskiej rodziny. Piłka nożna stanowi tu tylko punkt wyjścia do tego, aby opowiedzieć historię o konfrontacji dwóch różnych kultur, konflikcie pokoleń, przyjaźni i młodzieńczej miłości. Nie jest to może kino wysokich lotów, ale można obejrzeć. To pozycja również dla fanek nietypowej urody Jonathana Rhys-Meyersa, który w moim odczuciu jest tak brzydki, że aż pociągający.

Inny film, który chciałam wspomnieć, oglądałam bardzo dawno temu i niestety niewiele Grób Kazimierza Deyny na Powązkachpamiętam z fabuły. Wtedy miałam chyba kilkanaście lat, towarzyszyłam rodzicom podczas oglądania meczy naszej reprezentacji i słuchałam opowieści o latach świetności Orłów Górskiego... W związku z tym bardzo chętnie zasiadłam przed telewizorem, gdy TVP nadała film Ucieczka do zwycięstwa. Akcja filmu toczy się w niemieckim obozie jenieckim podczas II Wojny Światowej. Mecz piłki nożnej pomiędzy więźniami a Niemcami ma być wykorzystany jako okazja do ucieczki. W tym filmie wystąpił Kazimierz Deyna uważany za jednego z najlepszych piłkarzy polskich w historii. Grał w nogę u boku m.in. Pelé, uważanego z kolei przez wielu za piłkarza wszechczasów. Prochy Kazimierza Deyny, który zginął w San Diego w 1989 roku, wróciły do Polski niedawno. Przedwczoraj odbyła się ceremonia złożenia ich na warszawskich Powązkach.

Od wielu miesięcy można zaobserwować w Polsce prawdziwą gorączkę. Oto dzisiaj startuje jedna z najważniejszych sportowych imprez w Europie, której jesteśmy współgospodarzem wraz z Ukrainą. Przez najbliższy miesiąc będziemy obserwować, kibicować, podziwiać infrastrukturę przygotowaną na tę imprezę. Obyśmy mieli jak najwięcej powodów do dumy, a jak najmniej do wstydu. Nie można zaprzeczyć temu, że organizowanie takiej imprezy to świetna okazja do promocji naszego kraju. Można piłki nie lubić, można jej nie rozumieć, można nie oglądać. Można pomstować na pozamykane ulice, pospieszne remonty, wszechobecność tej dyscypliny, można śmiać się z gadżetów na Euro. Ale jestem przekonana, że nawet osoby nie pasjonujące się sportem, nie oglądające na co dzień futbolu, w tym miesiącu przynajmniej 3 razy zasiądą przez telewizorem, bądź obejrzą mecz w jednej ze stref kibica.

No dobrze, prawdopodobnie wykazałam się dość dużą naiwnością. Wiem, że jest dużo osób deklarujących, że te mistrzostwa drażnią, irytują, przeszkadzają, albo są obojętne. Przykładem niech będzie ten wywiad. Zdaję sobie sprawę, że takie imprezy generują problemy społeczne. Wiem, że pieniądze wydane na tę imprezę mogłyby zasilić budżet np. na tak potrzebne żłobki. Z drugiej strony, panem et circenses... Nie samym chlebem człowiek żyje. Być może w następnych dniach na Kurze pojawi się kontrwpis na ten temat, sprowokowany moim dziecięcym entuzjazmem. Mój Mąż się ze mnie śmieje, że w takich okolicznościach potrafię się zachowywać jakbym miała co najmniej 25 lat mniej. W zasadzie to nie mam pewności, jakiego wpisu spodziewała się Panna Prymarna, gdy zasugerowała przygotowanie notki na temat inauguracji mistrzostw...

kosze-piłki

Z gadżetów na Euro można by stworzyć niezłą kolekcję dla potomnych. Bawi mnie nabiał w opakowaniu z piłką. Rozczulają piłki z białej i ciemnej czekolady sprzedawane w lokalach Wedla. Fantazja jest nieograniczona, o czym świadczy powyższe zdjęcie, które przesłała mi Panna Prymarna. Zostało zrobione w Gdańsku przez berlińską Anię (czyżby kawałek jej cienia widniał na zdjęciu?). Niektórych producentów poniosło... Zobaczcie sami. To już chyba przesada... Barwy narodowe w muszli klozetowej?! Co prawda na opakowaniu słowem się nie wspomina o Euro 2012, ale to chyba nie jest przypadek, że wcześniej ten produkt występował tylko w kolorze niebieskim, zielonym i żółtym?

kulki do WC

Kibicowanie nie jest wymysłem naszych czasów. Od dawien dawna ludzie oddawali się tej rozrywce, wspomnieć wystarczy choćby walki gladiatorów. Stąd można  dowiedzieć się ciekawych rzeczy. Że angielskie słowo oznaczające kibica wskazuje na to, że kibicowanie to wsparcie, ale też fanatyczne oddanie. A litewskie, czy włoskie wiążą te zachowania z chorobą, bo przecież kibice często zachowują się jak w gorączce. Ten link już umieszczałam w komentarzach pod tym wpisem, w którym Panna Prymarna pisała o czajce. Język polski właśnie temu ptaszkowi zawdzięcza słowo kibic. Nie kolczyki na Eurowiem, jak Panny i Panicze, ale ja bardzo lubię oglądać sportowe zmagania. Zwłaszcza na żywo i w większej grupie. Koniecznie w stroju w barwach narodowych lub ulubionej drużyny klubowej. Co prawda wybieram raczej sporty, w których piłkę odbija się inną częścią ciała niż noga, ale Euro nie mogę się już doczekać. Koszulka już wyprana i wyprasowana. Zrobiłam sobie nawet kolczyki. Wbrew woli Męża, który uważa to za obciach, w oknie samochodu zainstalowałam flagę. Liczę na przeżywanie bardzo skrajnych emocji w trakcie zmagań. To dodaje niesamowitej energii. Wolę pasjonować się zawodami, niż kolejną awanturą w naszym Sejmie... W moim przypadku chyba właśnie w tym tkwi przyczyna interesowania się sportem.

Kiedyś mecze oglądano w większych grupach. Stref kibica, telebimów na świeżym powietrzu, czy telewizorów w lokalach gastronomicznych nie było. W ogóle mało kto posiadał telewizor, więc szczęściarze posiadający taki odbiornik udostępniali go rodzinom i sąsiadom. Wspomina o tym choćby Walentyna. Ale miło jest i teraz obejrzeć mecz w większym towarzystwie. Warto na takie spotkania przygotować coś do jedzenia. Co prawda niektórym wystarczy piwo i chipsy, ale mnie się wydaje, że jedzenie to bardzo ważny element takich spotkań. W związku z tym mam dla Panien i Paniczów propozycję zabawy zamiast tradycyjnej zagadki. Spójrzcie proszę najpierw na sałatkę, jaką niedawno przygotowałam w dwóch formach do wyboru.

sałatka na Euro

 Po prawej sałatka w formie polskiej flagi, po lewej nie do końca udana próba ułożenia ze składników piłki. Jako murawa występuje sałata z bazyliowym pesto, a barwy narodowe dostarczyły kulki mozzarelli i pomidorki koktajlowe. Zadanie jest następujące:

Proszę przygotować i sfotografować coś do jedzenia, co:

- jest w kolorach drużyny narodowej z zachowaniem kolejności barw (bez ograniczeń, Panny i Panicze rezydujący na stałe poza Polską mogą przecież kibicować również innym drużynom);

lub

- ma formę piłki nożnej;

Zdjęcia z przepisami proszę przesłać mailem na mój adres zona.oburzona@gazeta.pl. Pierwsza osoba zdobędzie nagrodę. A wszystkie zdjęcia zostaną oczywiście pokazane na Kurze. Do zdjęcia można oczywiście dołączyć cały wpis. Kto się pokusi?

Pokusiła się Ewa Maria, o czym doniosła we wpisie "Piknik w Berlinie".

pozdrawiam
Żona Oburzona

Galerię potraw otwieram ja, inicjatorka zabawy. Dzisiaj tj. 9 czerwca przygotowałam tartę z owocami na jutrzejszy mecz Hiszpania-Włochy. Nie ma wątpliwości, komu będę kibicować. Kruchy spód pieczemy wg przepisu Panny Kattinki:

30 dkg mąki
20 dkg masła
10 dkg cukru pudru
3 żółtka

Masa to tzw. crème patissière, czyli po prostu krem budyniowy. Przepis na niego zaczerpnęłam z tego przepisu, z tymże zrobiłam go z podwójnej proporcji. A na wierzchu ułożyłam brzoskwinie i truskawki.

Tarta dla hiszpańskiej drużyny

Dzisiaj, czyli 15 czerwca dodaję zdjęcie okolicznościowej panna cotty z musem truskawkowym, czyli w sumie klasyk, tylko w ciekawej formie. Na 4 porcje potrzebujemy:

Na część białą:
pół szklanki mleka
pół szklanki śmietanki kremówki 30%
2 łyżeczki żelatyny
3 łyżki cukru
łyżeczka ekstraktu waniliowego (może być też laska)

Na część czerwoną:
galaretka truskawkowa
20-30 dag truskawek

Żelatynę rozpuszczamy w 1/4 szklanki wody. Mleko, kremówkę i cukier podgrzewamy mocno, ale nie doprowadzamy do wrzenia. Jeżeli używamy laski wanilii, to również ją podgrzewamy, a potem wyjmujemy. Oczywiście najpierw należy ją przekroić i wydłubać ziarenka, które również wrzucamy do masy. Dodajemy do mikstury rozpuszczoną żelatynę i dokładnie mieszamy. Następnie studzimy. Gdy jest tylko lekko ciepłe, dodajemy ekstrakt. Przelewamy do miski lub specjalnych foremek. Truskawki miksujemy. Galaretkę rozpuszczamy w 200 ml wody. Gdy lekko przestygnie miksujemy z truskawkami. Gdy masa zaczyna tężeć wykładamy na warstwę białą. Chłodzimy w lodówce, aż będzie sztywne. Potem delikatnie wyjmujemy.

panna cotta z musem truskawkowym

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 38
UWAGA! Nie zniknęliśmy! Jesteśmy teraz TU
QRA czyli Nowa Kura

Durszlak.pl