Blog > Komentarze do wpisu

Jak mówić o książkach, których się nie czytało?

Już kilka dni temu, przy okazji wpisu "Vigeland..." obiecałam Zonie.Oburzonej, że napiszę o tej książce. Jej autorem jest francuski profesor literatury, znawca psychologii i psychoanalizy, i autor - Pierre Bayard. To wspaniała książka! "Comment parler des livres que l'on n'a pas lus? (wyd. Minuit, 2007). Po polsku ukazała się w PIW w tłumaczeniu Magdaleny Kowalskiej (ISBN 978-83-06-03154-6): "Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?"

Bayard

W tym co napiszę poniżej korzystam z własnej lektury (po niemiecku) i ze strony wydawnictwa:

RODZAJE NIE-CZYTANIA

Rozdział 1. Książki, których nie znamy
Rozdział 2. Książki, które przekartkowaliśmy
Rozdział 3. Książki, które znamy ze słyszenia
Rozdział 4. Książki, które zapomnieliśmy

SYTUACJE

Rozdział 1. W wielkim świecie
Rozdział 2. Przed profesorem
Rozdział 3. Przed pisarzem
Rozdział 4. Z ukochaną osobą

JAK SIĘ ZACHOWYWAĆ

Rozdział 1. Nie wstydzić się
Rozdział 2. Narzucać swoje zdanie
Rozdział 3. Wymyślać książki
Rozdział 4. Mówić o sobie

Nota od Autora:
Cztery kategorie książek, które będą dokładniej objaśnione w czterech pierwszych rozdziałach, oznaczam skrótami: KN – książka, której nie znam; KP – książka, którą przekartkowałem; KS – książka, którą znam ze słyszenia; KZ – książka, którą zapomniałem. Kategorie te się nie wykluczają, jedna książka może zostać opatrzona kilkoma adnotacjami. Oznaczenie kategorii będzie podane przy pierwszym przywołaniu tytułu.

Czujecie piękno tej książki? Każdy z nas kiedyś w życiu, a pewnie i nie raz, udawał, że zna książkę, film, osobę, pogląd, cytat, muzykę, wiersz... Najczęściej staramy się nie ujawniać naszej niewiedzy poprzez stosowanie mowy Prosiaczka - chrząkamy, potakujemy, kiwamy głową, odpowiadamy, że jasne i zawsze, ale powstrzymujemy się skromnie od dalszych wypowiedzi. Czasem jednak nie ma wyjścia. Już się stało. Powiedzieliśmy, że znamy, a teraz nas paskudnie przyduszają. Już się nie wycofamy, a przecież nie mamy NIC do powiedzenia. NIC? Okazuje się, że nieprawda. Zawsze mamy coś do powiedzenia, trzeba tylko wiedzieć jak. Znamy przecież epokę, kontekst, inne filmy i książki z owego czasu lub owego autora. Już nam ktoś coś mówił, już coś mignęło w gazecie czytanej przez pasażera, który siedział w autobusie na przeciwko nas. Przez ekran komputera przelatywały jakieś informacje, gdy szukaliśmy w sieci czegoś zupełnie innego. Nawet nie wiemy, że wiemy.  Mało tego, że mamy już jakieś zdanie. Już lubimy lub nie lubimy, choć przecież nie czytaliśmy, nie oglądaliśmy, nie słyszeliśmy. Nie pamiętam "Piotrusia i wilka", ale lubię Strawińskiego i spokojnie będę głosić, że mi się podoba, że mocny, że nowoczesny, że posunął do przodu historię muzyki. Nie posunął? To może nasz interlokutor tak uważa, my mamy prawo mieć swoje zdanie na ten temat.

Tak zdobyłam pewnego Osobistego Narzeczonego i to na całkiem sporo lat. On wielbił Benna, ja wówczas o Bennie nic nie wiedziałam, ale co było robić - skoro on był pełen uwielbienia, ja więc w pierwszej rozmowie na wszelki wypadek przyjęłam postawę krytyczną. On twierdził, że nieprawda, iż Benn pochwalał nazizm, na co ja, że jednak dał się hołubić. On, że bennowska pochwała ładu i silnej ręki została wykorzystana przez propagandę Hitlera, a ja, że jednak wszelkie idealistyczne teorie, od Platona poczynając, prowadzą do totalitaryzmu i inteligentny człowiek powinien się zawsze zastanowić nad tym, co wyznaje. I tak dalej... Dwie godziny. Po dwóch godzinach zdobyłam partnera na ośmioletni odcinek życia, a może, jak bym się nie stawiała, to byłby on nawet partnerem na zawsze.

Ale to już całkiem inna historia.

Oczywiście, jeśli nasza teoria wygłoszona na nieznane, nieczytane, niewidziane ma nam potem towarzyszyć, to lepiej jednak, nawet po fakcie, przeczytać to, czego się nie czytało i obejrzeć, czego się nie widziało. Ja przestudiowałam Benna bardzo dokładnie, a moje zdanie nie bardzo się zmieniło. Może po prostu z wiekiem stałam się mniej zasadnicza i łagodniej formułuję poglądy. Ale to wszystko. Wciąż jednak jestem zdania, że inteligentny człowiek powinien był wiedzieć...

Oczywiście, nie da się prześlizgnąć po powierzchni zjawisk, jeśli się nic nie wie o niczym. Trzeba się było w wielu miejscach i momentach wykazać solidną wiedzą, taką, którą każdy mógł sprawdzić. Ale jak się dużo wie i zbudowało swój wizerunek i już się, w sposób uzasadniony, zyskało miano osoby, która dużo wie, to nikt, uwierzcie mi, NIKT nam nie podskoczy i nie powie, że nie wiemy.

Wtedy zresztą dość łatwo jest powiedzieć wprost, że się czegoś nie wie. Ale to też jest już zupełnie inna historia.

Myślę, że i zagadka, i przepis powinny należeć do kategorii "nie wiem, ale i tak..."

Nigdy nie mogłam się przekonać do Rosjan (oczywiście poza "Mistrzem i Małgorzatą"). Owszem naprawdę czytałam "Idiotę" i naprawdę widziałam w kinie "Zbrodnię i karę", ale to i wszystko. Owszem naprawdę czytałam "Annę Kareninę" i naprawdę widziałam w kinie "Wojnę i pokój" i to w obu wersjach - amerykańskiej i sowieckiej. Ale jest taki pisarz rosyjski, którego nigdy nie czytałam, a którego na pewno Wy wszystkie czytałyście i teraz będziecie mogły mi okazać ubolewanie i pogardę. Ale cóż - ryzykuję. Wydawałoby się, że rzeczy które ów Rosjanin (Uwaga: Rosjanin a nie człowiek Sowiecki!) napisał, już się przeżyły. Tymczasem co najmniej jedna ze sztuk tego autora zyskała ostatnio na aktualności i właściwie, jakby człowiek nie wiedział, to by pomyślał, że została napisana przed rokiem zaledwie i że staroświecki sztafaż skrywa krytykę współczesnego konsumpcyjnego społeczeństwa europejskiego. Wszyscy żyjemy na kredyt i nikt z nas już nie wie, co to jest ciężka praca i jak w pocie czoła harować na chleb. Główna bohaterka tej sztuki to ja, to wy, to my. A ten, który przynosi rozwiązanie problemu i sposób na zarobienie pieniądzy, to nuworysz, którym jeszcze przed chwilą gardziliśmy. A teraz ma nas zbawić od nędzy. Nie chcemy takiego ratunku, bo odbiera nam to co najpiękniejsze - to co kochamy, i co jest tytułem owej sztuki. Ale idą nowe czasy, kryzys szczerzy zęby, wszyscy wzięliśmy kredyty i teraz musimy sprzedać... Sprzedajemy, to, co było, a nawet jeszcze mniej, wspomnienie o tym, co było, ale mimo to ta sprzedaż boli... 

Zagadka brzmiała: Jak się nazywa Autor? O jaką sztukę mi chodzi?
Odpowiedzi udzieliła Zona.Oburzona: "Wiśniowy sad" Czechowa.

Przepis - kiedyś, gdy byłam jeszcze studentką, na wykopaliskach kolega, który dość mi się podobał, powiedział, że chętnie zjadłby paprykarz. Była akurat moja kolej gotowania. Nie miałam pojęcia, co to jest ten paprykarz i nie było kogo spytać. Zrobiłam gulasz wieprzowy w sosie pomidorowo-śmietanowym, ostro przyprawiony surową i mieloną papryką. Kolega był bardzo zadowolony.

A oto, co o paprykarzu pisze ciocia Wiki: "tradycyjna potrawa węgierska z mięsa i papryki, niekiedy z dodatkiem śmietany (zdaniem niektórych jest to podstawowy wyróżnik paprykarzu), podobna do gulaszu i często z nim mylona". Tak? No, przecież mówię, zawsze sobie można poradzić. Trzeba dużo wiedzieć i śmiało sobie poczynać.

50 deka wieprzowiny
4 cebule
1 łyżka mąki
1 papryka  
2 łyżki smalcu
1 łyżeczka papryki mielonej
4 łyżki śmietany
1 łyżka koncentratu pomidorowego
sól, pieprz

Mięso pokrajać w kostkę, otoczyć w mące, obrumienić na smalcu i dopiero wtedy osolić! Pokroić i udusić cebulę. Pokroić i udusić paprykę. Wymieszać, dodać mieloną paprykę. Jarzyny dodać do mięsa. Dolać odrobinę wody. Dusić pod przykryciem do miękkości. Gdy mięso będzie gotowe, wymieszać ze śmietaną i koncentratem pomidorowym. Przyprawić solą i pieprzem. Podawać z ziemniakami lub kluskami kładzionymi i surówką.

niedziela, 26 lutego 2012, ewamaria030
Komentarze
2012/02/26 00:24:35
Stawiam na "Wiśniowy sad" Antoniego Czechowa. Czytać, nie czytałam, ale w teatrze widziałam bardzo dawno temu. Tytułowy wiśniowy sad musiała sprzedać rodzina Raniewskich, bo przez lekkomyślny tryb życia popadła w długi. Co do opisanej książki - świetna rzecz! Koniecznie muszę jej poszukać. Dodam, po raz kolejny zapewne, że Kura zdecydowanie poszerza moje horyzonty. Z jakim ja znawstwem potrafię teraz mówić o rzeczach, o których do tej pory nie miałam pojęcia! :)
-
2012/02/26 07:44:36
Dzien dobry o niedzielnym poranku. Tak jest, oczywiście - "Wiśniowy sad" Czechowa. Co by Zona chciala w Nagrodę? I przypominam, że Niespieszna też mi jest dłużna informację nagrodową za zagadkę z wagnerowskiego wpisu Kattinki.
-
2012/02/26 10:11:57
To, jeśli można, ja bym chciała te kulki chińskie, jakiekolwiek one nie są. Co prawda, na hasło chińskie kulki wyskakują mi "kulki analne" - ale mam nadzieję, że o inną chińszczyznę chodzi:)
-
2012/02/26 10:22:29
A ja poproszę o te ceramiczne ptaszki :)
-
2012/02/26 10:50:14
Myślę, że chodzi o kulki relaksacyjne Ying-Yang; np. takie: www.adgift.pl/components/com_virtuemart/shop_image/product/Kulki_relaksacyj_49abc9816a5dc.jpg
-
2012/02/26 10:56:30
A tutaj trochę wypowiedzi o kulkach:
forum.przebudzenie.net/post40070.html
-
2012/02/26 10:59:49
Bardzo dziękuję Pannie Danusi za wyjaśnienie i interesującą lekturę nt kulek - już wiem, że bardzo je chcę!:)
-
2012/02/26 11:52:39
Grzebnęłam w internecie, ale zdaje się, że opisywana przez Pannę Prymarną książka, jest nie do zdobycia. A szkoda.
-
2012/02/26 23:27:28
Tak kochane, chodzi o takie kulki, jaki pokazuje link Danusi, tylko moje - tutejsze - berlińskie - takie jakie sobie wymarzyła Capricorna są kolorowe i w kolorowych pudełeczkach. Niespiesznej zatem kulki, a Zonie ptaszki - wyślę jak będę w Szczecinie czyli w czwartek.
-
2012/02/26 23:32:06
Moje domowe kulki też są kolorowe w kolorowym pudełku i pięknie dźwięczą... ale te gładkie także mi się podobają :))
-
2012/02/26 23:36:34
Te berlińskie też dźwięczą... Poczta się ucieszy... Sprawdziłam. Bayarda po polsku zaiste nie ma, ale można go zamówić po angielsku za 1 centa + 3,99$ za shipping. Czyli w sumie za 4$.
www.amazon.com/gp/offer-listing/1596914696/ref=dp_olp_used/179-1040177-0961847?ie=UTF8&condition=used
UWAGA! Nie zniknęliśmy! Jesteśmy teraz TU
QRA czyli Nowa Kura

Durszlak.pl