Kategorie: Wszystkie | porady dla panien po 30
RSS
poniedziałek, 21 maja 2012

           ciastociastoi jeszcze jedno ciasto

 

Całkiem niespodziewanie dowiedziałam się na Kurze o Food Blogger Fest, a że akurat miałam być 12 maja w Warszawie, więc zgłosiłam swój udział.

Food Blogger Fest odbył się w fajnym budynku Agory na Czerskiej—beton, szkło, drewno i zieleń—dokładnie tak, jak lubię. Konferencja miała trwać parę godzin, ale byłam tylko na pierwszej części, w której to usłyszałam o kotlet.tv; o miesięczniku „Kuchnia“, którego wcześniej nie znałam; o food writing, czyli jak pisać o jedzeniu; oraz o blogu z przypadku: gotujebolubi.blox.pl. Wykłady były krótkie, w sam raz dla anonimowych adhdowców, ale żaden mnie nie porwał, chyba nie jestem blogerką ani kucharką z krwi i kości. Raczej są to czynności towarzyszące i nie na pierwszym miejscu w moim życiu.

Druga część zdawała się być bardziej techniczna: o PR, o promocji bloga etc., a że średnio mnie to interesowało i kawa właśnie przestawała działać, to się urwałam, by wreszcie dotrzeć na targi książki w Pałacu Kultury i Nauki.

Nie było plakietek z imionami, nazwiskami, tytułami/adresami blogów—a szkoda, bo tak się łatwiej poznaje ludzi, zapamiętuje ich imiona—to taki standard na Zachodzie, a u nas, no cóż, jeszcze nie.

Poznałam różne miłe blogerki, Beatę z Cukierniczych Kreacji, Edith z MadameEdith, Ilonę, studentkę polonistyki, która myśli o tym, by założyć swój blog. Rozdałam trzy ręcznie wykonane wizytówki. Zrobiłam ich w sumie pięć—tytuł kury jest długi i po pięciu zabolała mnie ręka.

Byłam zawiedziona cateringiem—skoro konferencja o jedzeniu, to jedzenie powinno być super, a było...tylko słodkie. Kilka ciast (patrz zdjęcia), całkiem dobra kawa, różne rodzaje herbat, ale wszystko tak strasznie słodkie, że nie mogłam na to patrzyć po jakimś czasie. Zanim mnie znudziło zdążyłam zjeść tort bezowy z truskawkami (tylko te truskawki w nim mnie nęciły) i tiramisu. Podobno była tarta z łososiem i ze szpinakiem, ale przeoczyłam, poza tym nie jem już ryb. 

W skali od 1 do 10, imprezę oceniam na 3,5. Może byłam zawiedziona, iż nie udało mi się dostać na warsztaty fotografii z Beatą Lipov, a może to dlatego, że źle się czułam w Warszawie--wydała mi się nieprzytulna w trakcie tej wizyty.

Zagadka krótka: nie o blogerce, ale o dzielnej kobiecie, która potrafi gotować:

Kobieta. Gotowanie. Córka. Amerykańska produkcja. Trudne, ale dobre. Oglądałyście już?

I coś na ząb, też odrobinę słodkiego:

Pancakes, czyli amerykańskie naleśniki

1 szklanka mąki 
2 łyżki cukru 
1 łyżeczka proszku do pieczenia 
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej 
1/2 łyżeczki soli 
2 jajka 
1/2 szklanki jogurtu naturalnego
1/2 szklanki mleka
2 łyżki stołowe masła, stopionego i ostudzonego 

Do miski wbijam jajka, dodaję jogurt oraz mleko, mieszam. Dodaję masło. Do drugiej miski przesiewam mąkę z proszkiem i sodą, dodaję sól i cukier, mieszam. Do suchych składników dodaję składniki płynne i mieszam. Na patelni rozgrzewam 1 łyżkę masła. Na gorący tłuszcz nakładam niewielkie porcje ciasta i smażę placuszki (zazwyczaj asymetryczne, byle jak, bo na smak to nie wpływa). Podaję ze świeżymi owocami lub syropem klonowym.

Udanego poniedziałku życzy,

pewna.panna, bloginka przez przypadek

Tagi: naleśniki
00:04, ewamaria030
Link Komentarze (6) »
niedziela, 20 maja 2012

Zainspirował mnie wpis Panny Kattinki o śladach Rzymian w Portugalii, który ukazał się kilka dni temu. Poruszył we mnie wspomnienia sprzed ponad trzydziestu lat. My też chodziliśmy po śladach Rzymian, ale w innej części świata - na południowym brzegu morza Śródziemnego, w dawnej Trypolitanii.

Trypolitania, ziemia trzech miast Sabraty, Oea i Leptis Magna. Tam gdzie dziś jest Libia była w starożytności wielka połać Cesarstwa Rzymskiego, spichlerz europejskiej części Cesarstwa. Żyzne, rozlegle pola uprawiane przez tubylców, były pilnowane i chronione przez rzymskich żołnierzy. Administracyjnie należeli do Rzymu, płacili daninę w postaci uprawianych i przetwarzanych ziemiopłodów, mieli przy tym pewną niezależność i samorządność. Musieli gdzieś mieszkać i żyć, i dla nich zbudowano te trzy miasta, i tak powstała Trypolitania. Miasta były rozlegle, zbudowane z kamienia, z ulicami pokrytymi kamiennymi płytami, ze wszystkimi miejskimi urządzeniami, o których napiszę za chwilę.

Zrodlo: http://www.temehu.com/

Rozwój tych miast przerwała w 640 roku n.e. inwazja arabska. Dalsze losy tej ziemi są związane z historią wszystkich krain podbitych w tamtych czasach przez muzułmanów, którzy tworzyli własną kulturę, a wyludnione miasta rzymskie pozostawili swojemu losowi i ekspansji piasku nanoszonego przez morze.

Każdego wolnego od pracy dnia, kiedy jeszcze nie było wielkich upałów, a więc, późną jesienią, zimą i wczesną wiosną, jeździliśmy do Leptis Magna i Sabraty i metr po metrze, uliczka po uliczce zwiedzaliśmy te odkopane miasta. Miasta wielkie, jak na starożytne czasy, bo liczące po kilka hektarów gruntu.

W okresie lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego stulecia, Libia była kolonią włoską i włoscy archeolodzy odkopali te miasta z zalegającego je piasku i zrekonstruowali co mogli i na co czas im pozwolił. W 1942 roku musieli w popłochu stamtąd uciekać, bo zaczynała się wielka wojna w Afryce.

Odkopano wspaniały amfiteatr zbudowany na zboczu, z rozległą sceną i nadal świetną akustyką.

Zrodlo: http://www.salon.com/2011/06/14/nato_roman_ruins/

Odkopano uliczki krzyżujące sie pod kątem prostym i otwarte w kierunku morza, skąd czyste powietrze wchodziło do miasta i je przewietrzało. Odkryto przyziemia domów z kamienia, wydobyto i częściowo zrekonstruowano piękne rzeźbione kolumny świątyń. Odkopano baseny kąpielowe, które miały podgrzewaną wodę! Obok była wieloosobowa, publiczna ubikacja z bieżącą wodą - jej obieg wymuszono wykorzystując pochyłość terenu, wszystko w dostojnym marmurze, ozdobione rzeźbami, których widok miał umilać panom czynności fizjologiczne.

Zrodlow: Wiki

Wśród licznych odkopanych miejsc była także hala targowa, której rzeźbione stoiska wskazywały czym się w danym miejscu handluje. Podłoga tej hali była prawdopodobnie pokryta biało-czarną mozaiką, której posortowane piramidki były usypane w pobliżu.

Jeden z Cezarów rzymskich Sever Septimus, założyciel dynastii Severów, urodził sie w Leptis Magna. Miasto, dumne ze swojego obywatela, postawiło mu łuk tryumfalny, który był podparty grubymi, drewnianymi belkami.

Zrodlo: Wiki

W mieście był dom publiczny, do którego drogę znaczyły wyryte w komieniu wymowne znaki.

Zrodlo: Wiki

Uliczka, na której znajdował sie ten przybytek nosiła nazwę Liber Pater!

Jeżeli ktoś myśli, że klapki z dwoma paskami, zwane dziś japonkami, wymyślili Japończycy, to bardzo sie myli. W Sabracie, w przedsionku łaźni, jest na podłodze piękna, doskonale zachowana mozaika przedstawiająca właśnie takie japonki i wskazująca, że tam trzeba zostawić obuwie i dalej iść boso.

Zrodlo: http://tripwow.tripadvisor.com/

Salvom Lavisse znaczy „Łaźnie jest dla ciebie dobra”

Piszę tylko o dwóch miastach Leptis Magna i Sabrata, a nazwa Trypolitania wskazuje na trzy. Otóż trzecie miasto, Oea, rozpadło sie w dziejowych zawieruchach i na jego gruzach powstało miasto i port Trypolis.

My byliśmy tam ponad trzydzieści lat temu, co teraz po ostatniej wojnie w Libii, dzieje się z tymi cennymi zabytkami, tego nikt nie wie. Jest tam nadal niespokojnie i powtarzają sie walki plemienne, nikt tam teraz nie pojedzie, aby ratować zabytki starożytności. Czy te piękne i cenne mury przepadną na zawsze?

Wielka strata i żal.

Wasza Ciotuchna

W czasie pobytu w Libii najbardziej brakowało mi koperku, a więc przepis na zupę koperkową. Jest to najszybsza zupa na świecie. Przepis na trzy osoby.

Zagotować odpowiednią ilość wody (ok. 3 szklanek), wrzucić 2 kostki rosołowe. Zrobić lane kluski z jednego jajka, 2 łyżek mąki i soli. Lać na gotujący sie "rosół". Drobno posiekać nieduży pęczek koperku i wrzucić go do zupy. Można zaprawić zupę śmietaną, ale bez mąki. Nie gotować, przykryć i po 5 minutach podawać. Pycha!

 A zagadka:

Jaki związek z dzisiejszym wpisem ma Mary Westmacott?

Tagi: zupy
01:01, ewamaria030
Link Komentarze (11) »
sobota, 19 maja 2012

http://www.filmpolski.pl/fp/

— Państwo pozwolą do stołu?… — wtrąciła panna Florentyna.

Przeszli do jadalnego pokoju, gdzie na środku stał okrągły stół nakryty na cztery osoby. Wokulski znalazł się przy nim między panną Izabelą i jej ojcem, naprzeciw panny Florentyny. Już był zupełnie spokojny, tak spokojny, że aż go to przerażało. Opuścił go szał miłości i nawet pytał sam siebie: czy ona jest kobietą, którą kochał?… Bo czy podobna kochać się tak jak on i siedząc o krok od przyczyny swego obłędu czuć taką ciszę w duszy, tak niezmierną ciszę?… Myśl miał tak swobodną, że nie tylko dokładnie widział każde drgnienie fizjognomii swoich współbiesiadników, ale jeszcze (co już było zabawne), patrząc na pannę Izabelę, robił sobie następujący rachunek: „Suknia. Piętnaście łokci surowego jedwabiu po rublu — piętnaście rubli… Koronki z dziesięć rubli, a robota z piętnaście… Razem — czterdzieści rubli suknia, ze sto pięćdziesiąt rubli kolczyki i dziesięć groszy róża…”

Mikołaj zaczął podawać potrawy. Wokulski bez najmniejszego apetytu zjadł kilka łyżek chłodniku, zapił portweinem, potem spróbował polędwicy i zapił ją piwem. Uśmiechnął się, sam nie wiedząc czemu, i w przystępie jakiejś żakowskiej radości postanowił robić błędy przy stole. Na początek skosztowawszy polędwicy położył nóż i widelec na podstawce obok talerza. Panna Florentyna aż drgnęła, a pan Tomasz z wielką werwą począł opowiadać o wieczorze w Tuileriach, podczas którego na żądanie cesarzowej Eugenii tańczył z jakąś marszałkowa menueta. Podano sandacza, którego Wokulski zaatakował nożem i widelcem. Panna Florentyna o mało nie zemdlała, panna Izabela spojrzała na sąsiada z pobłażliwą litością, a pan Tomasz… zaczął także jeść sandacza nożem i widelcem.

„Jacyście wy głupi!” — pomyślał Wokulski czując, że budzi się w nim coś niby pogarda dla tego towarzystwa. Na domiar odezwała się panna Izabela, zresztą bez cienia złośliwości: — Musi mnie papa kiedy nauczyć, jak się jada ryby nożem. Wokulski wydało się to wprost niesmaczne. „Widzę, że odkocham się tu przed końcem obiadu…” — rzekł do siebie.

— Moja droga — odpowiedział pan Tomasz córce — niejadanie ryb nożem to doprawdy przesąd… Wszak mam rację, panie Wokulski?
— Przesąd?… nie powiem — rzekł Wokulski. — Jest to tylko przeniesienie zwyczaju z warunków, gdzie on jest stosowny, do warunków, gdzie nim nie jest. Pan Tomasz aż poruszył się na krześle.
— Anglicy uważają to prawie za obrazę… — wydeklamowała panna Florentyna.
— Anglicy mają ryby morskie, które można jadać samym widelcem; nasze zaś ryby ościste może jedliby innym sposobem…
— O, Anglicy nigdy nie łamią form — broniła się panna Florentyna.
— Tak — mówił Wokulski — nie łamią form w warunkach zwykłych, ale w niezwykłych stosują się do prawidła: robić, jak wygodniej. Sam zresztą widywałem bardzo dystyngowanych lordów, którzy baraninę z ryżem jedli palcami, a rosół pili prosto z garnka.

Lekcja była ostra. Pan Tomasz jednak przysłuchiwał się jej z zadowoleniem, a panna Izabela prawie z podziwem. Ten kupiec, który jadał baraninę z lordami i wygłaszał tak śmiało teorię posługiwania się nożem przy rybach, urósł w jej wyobraźni. Kto wie, czy teoria nie wydała się jej ważniejszą aniżeli pojedynek z baronem.

— Więc pan jest nieprzyjacielem etykiety? — spytała.
— Nie. Nie chcę tylko być jej niewolnikiem.
— Są jednak towarzystwa, w których ona przestrzega się zawsze.
— Tego nie wiem. Ale widziałem najwyższe towarzystwa, w których o niej zapominano w pewnych warunkach.

Kto ukrywał się w tekście pod literkami XXX, kto jako YYY?  Kto kogo zaprosił na obiad i w jakiej książce zostało opisane?
Dlaczego temu właśnie pisarzowi poświęciłam dzisiejszy wpis?

Tu mieścił się w powieści sklep Wokulskiego - dziś księgarnia naukowa im. Bolesława Prusa

Odpowiedzi udzieliła Zona Oburzon: "Lalka" Bolesława Prusa (dziś jest setna rocznica jego śmierci). XXX to Wokulski, a YYY - Izabela Łęcka.

Bardzo go lubię, chyba wszyscy go lubimy. Choć może nie wszyscy wiemy, że ufundował stypendium dla zdolnych wiejskich dzieci, które przyznaje się do dziś. Ciekawe, prawda?

Ale wróćmy do owego obiadu. Można go doskonale wydatować - odbył się 17 czerwca. Letni obiad - dlatego chłodnik, polędwica, ryba, a na zakończenie jeszcze kawa i lody. Prawidłowy jadłospis na obiad letni, tylko... tylko że właściwie najpierw powinien być sandacz, a polędwica dopiero potem. Ale może za czasów Wokulskiego i Izabeli, jej ojca i panny Florentyny obowiązywała inna kolejność dań? Czy właścicielki Ćwierciakiewiczowej mogłyby to sprawdzić?Jest jednak więcej pytań do autora. Zapewne, zapewne, Wokulski nie powinien był popijać polędwicy piwem, ale skąd on wziął to piwo? Stać przecież musiało na stole. Albo ów nóż do jedzenia ryby? Jeżeli najpierw była polędwica, a ryba potem, na stole nie było już sztućców do mięsa, nie było więc jak prowokować snobistycznych panien użyciem noża do ryby. Zresztą po prawdzie do ryby też były noże, tylko inne.

Przepis będzie w zgodzie z powieścią i porą roku (powieściową ale i naszą realną) - sandacz po warszawsku w sosie ogórkowym.

4 kawałki ryby (jak dostaniecie, to sandacza)
1 cebula  
1 cytryna
2 ogórki świeże
2 łyżki masła
250 ml śmietany
pęczek koperku
1 łyżeczka przyprawy do ryb
szczypta cukru pudru
1 łyżeczka mąki
1 liść laurowy
1 ząbek czosnku
sól, pieprz
olej do smażenia
cytryna do dekoracji

 

Zamiast kupnej przyprawy do ryb (jest w niej wegeta, a to zawsze psuje smak) możemy dodać łyżeczkę wymieszanych ziół własnej kompozycji – może w tym być po troszeczku cebuli, czosnku, pieprzu, imbiru, gorczycy, kolendry, skórki cytrynowej, kopru, pietruszki, mięty – ot, sporo różnych smaków.

Rybę umyć i osuszyć; skropić sokiem z cytryny , posolić, popieprzyć, posypać ziołami, obłożyć krążkami cebuli; odstawić na pół godziny.

Obrać ogórki, przekroić na pół i usunąć gniazda nasienne. Pokroić w kostkę. Rozgrzać  w rondelku 2 łyżki masła, wsypać ogórki, smażyć na średnim ogniu przez 5 min. Wrzucić liść laurowy i posiekany ząbek czosnku. Dodać sól, pieprz, cukier. Wlać śmietanę, gotować na małym ogniu 2 minuty. Zdjąć garnek z ognia, ostrożnie, cały czas mieszając dolać po kropelce łyżką soku z cytryny. Dodać drobno posiekany koperek, wymieszać. Odstawić.

Rybę otoczyć w mące i smażyć po obu stronach na średnim ogniu. Powinna być złocista, co uzyskamy po 10 minutach (po 5 na każdą stronę).

Ułożyć rybę w naczyniu żaroodpornym, polać sosem ogórkowym, podgrzać w piekarniku przez ... minutę! Ułożyć wokół ryby plasterki lub ćwiartki cytryny.

Podawać z młodymi ziemniakami.

Tagi: ryby sosy
00:26, ewamaria030
Link Komentarze (7) »
piątek, 18 maja 2012

Upływ czasu i kruchość życia najmocniej czuję na cmentarzach. Mimo to, a może właśnie dlatego, lubię na nich przebywać, spacerować, zwiedzać je. Pewnie kiedyś pokażę tu zdjęcia z nekropolii w Łodzi i Warszawie, które kiedyś zrobiłam. A dzisiaj opowiem Wam o kilku cmentarzach z mojego rodzinnego miasta. Wpis ze specjalną dedykacją dla wszystkich Panien i Paniczów z Wrocławia.

Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że każde duże miasto jest zbudowane na cmentarzach... Smutne, ale prawdziwe. Jednak Wrocław po II Wojnie Światowej bardzo źle obszedł się ze swoimi zmarłymi przodkami. Nekropolii we Wrocławiu było znacznie więcej, niż obecnie. Po wojnie zostały z premedytacją zniszczone, w ramach likwidacji niemieckich śladów... To przecież barbarzyństwo. Dzisiaj, chodząc po wielu ulicach, nawet nie zdajemy sobie sprawy, że wcale nie tak dawno, bo raptem 100 lat temu, w tym samym miejscu był cmentarz. I nie chodzi tu o jakieś boczne uliczki na peryferiach miasta... Ogromny cmentarz, na którym pochówek był dla mieszkańców prestiżowy, został założony w XVIII wieku w obrębie dzisiejszych ulic Legnickiej,Trzemeskiej, Dobrej i Braniborskiej, czyli w centrum Wrocławia. Teraz mamy tu bardzo ruchliwą arterię przecinającą część zachodnią miasta, mieszkalne bloki, komisariat policji...  Inny cmentarz znajdował się na terenie dzisiejszego Parku Zachodniego przy dużym osiedlu Kozanów, jedynym wrocławskim osiedlu znanym całej Polsce, ponieważ zostało dotkliwie zalane powodzią w 1997. W tym parku po cmentarzu pozostała tylko jedna rzeźba.

Jedną z największych wrocławskich nekropolii jest Cmentarz Grabiszyński. Został założony w drugiej połowie XIX wieku. Powstawał stopniowo w trzech częściach. Obecnie jako nekropolia funkcjonuje tylko druga, na terenie pierwszej i trzeciej znajduje się mój ulubiony wrocławski park.

Park Grabiszyński tętni życiem. Już o 6-7 rano (wiem, sprawdziłam!) pełen jest ludzi biegających, uprawiających nordic walking, jeżdżących na rowerze. W ciągu dnia mnóstwo rodziców wędruje po parku z wózkami. Na jednej z łąk jest boisko. Na innej wygrzewają się amatorzy słońca. Właściciele czworonogów chętnie je tu wyprowadzają (szkoda tylko, że nie wszyscy po nich sprzątają...). I całe to intensywne życie toczy się w sąsiedztwie pozostałości po trzeciej części Cmentarza Grabiszyńskiego.

Znajduje się tu Cmentarz Żołnierzy Włoskich, którzy zmarli w obozach jenieckich we Wrocławiu oraz w innych miastach Dolnego Śląska i Niemiec podczas I Wojny Światowej.

Cmentarz Żołnierzy Włoskich

Na skraju parku mamy z kolei niewysokie wzniesienie z Cmentarzem Żołnierzy Polskich, poległych m. in. w trakcie Kampanii Wrześniowej.

Cmentarz Żołnierzy Polskich

A na mnie największe wrażenie robi inny cmentarzyk. To właściwie jedna z kwater, która pozostała po nieistniejących częściach Cmentarza Grabiszyńskiego. Chowane w niej były dzieci w latach 30 i 40 XX wieku, znajduje się tu również nagrobek z 1931, oparty o porośnięte bluszczem drzewo. Może Panny władające niemieckim zechcą przetłumaczyć dla mnie napis? Na cmentarzyku pojawiają się regularnie znicze, najwyraźniej żyją jeszcze krewni tych Aniołków.

Kwatera Dziecięca


Przykro mi, że moje miasto niegdyś tak obeszło się ze swoimi nieżyjącymi mieszkańcami. Uczyniono jednak pewien gest, aby tym nieludzkim działaniom zadośćuczynić. W 2008 roku właśnie na terenie Parku Grabiszyńskiego, dokładnie w tym miejscu, w którym kilkadziesiąt lat temu znajdowało się jeszcze krematorium, odsłonięto Pomnik Wspólnej Pamięci. Pamięci dawnych mieszkańców naszego miasta pochowanych na nieistniejących dziś cmentarzach, jak głosi inskrypcja. Wg informacji z internetu składa się on z czterech części symbolizujących 4 kategorie cmentarzy z przedwojennego Wrocławia (katolickie, ewangelickie, żydowskie i komunalne). Ja widzę części siedem, ale nie będę się czepiać... Po środku znajduje się płyta z listą cmentarzy zlikwidowanych we Wrocławiu po 1945. Przy jego budowie wykorzystano fragmenty nagrobków odnalezionych w podwrocławskiej miejscowości i wykupionych przez miasto od kamieniarza. Pomnik robi wrażenie, prawda? Właściwie to dobrze, że znajduje się w miejscu tak chętnie odwiedzanym przez okolicznych mieszkańców, blisko codziennego i intensywnego życia...

Pomnik Wspólnej Pamięci

Zachęcam do lektury tego wywiadu, który był przeprowadzony zanim ów pomnik powstał.

Zadumałam się przygotowując ten tekst. Nie wiem, jaki przepis mogłabym tu wstawić... Mam nadzieję, że  wybaczycie taki wybrakowany wpis...

Ale zagadka będzie. Jest taka książka dla młodzieży, której akcja dzieje się w powojennym Wrocławiu. W tle mamy Wystawę Ziem Odzyskanych, która odbyła się w 1948 roku.  Bohaterka ma niełatwą sytuację rodzinną, przeżywa pierwszą miłość, którą stara się ukryć przed światem, również przed obiektem swoich westchnień. Angażuje się w działalność ZMP. Są w tej powieści wątki autobiograficzne, a Wrocław też jest jej bohaterem. Bardzo tę książkę lubiłam i cenię ją do tej pory. Mam wrażenie, że jest ciekawym źródłem informacji o tym, jak wyglądało w tamtym czasie codzienne życie młodych ludzi. Co to za książka i kto ją napisał?

Odpowiedzi udzieliła Panna Konwalia: "Zawsze jakieś jutro" Janiny Wieczerskiej.



06:35, ewamaria030
Link Komentarze (10) »
czwartek, 17 maja 2012

Australię nazywają krajem drugiej szansy. Doświadczyłem tego osobiście wiele razy. Pojadę więc i dzisiaj na tym koniu. Gdy o koniu mowa to jest to dobra okazja, aby wyjaśnić mój nick - pharlap. Pochodzi on od konia wyścigowego Phar Lap'a - bohatera narodowego Australii.

Literatura australijska jest chyba niezauważalna na świecie. Jednak w Polsce nagroda literacka Nobla nadal cieszy się dużym autorytetem, gdyż książki jedynego australijskiego noblisty - Patricka White'a wydano tu w większym nakładzie niż w Anglii. Tak - w Anglii - gdyż przez długie lata Australia nie miała prawa wydawać żadnych książek.
Dla mnie książki Patricka White były bardzo trudne do strawienia, dlatego dzisiaj wspomnę o innym australijskim pisarzu - Peterze Carey. Książka, o której piszę to również w jakiś sposób książka drugiej szansy. Ned Kelly to słynny australijski bandyta, który miał większe poczucie sprawiedliwości niż stróże prawa, w związku z czym skończył na szubienicy. Ned Kelly nie napisał żadnej książki, nie jestem nawet pewien, czy jakąkolwiek przeczytał. Ale gdyby miał szansę, to by napisał. Dowód? Jerilderie Letter  (oryginalny tekst TUTAJ). Ten list liczy ponad 8000 słów - Ned Kelly wyjaśnia w nim jak niesprawiedliwość i nadużycia policji zepchnęły go na drogę zbrodni. W 1879 roku Ned Kelly ze swoim gangiem napadł miasteczko Jerilderie, obrabował bank po czym zebrał wszystkich mieszkańców w pubie, zafudował napitek i zmusił do wysłuchania listu. Następnie wręczył list kasjerowi w banku z poleceniem przekazania go do wiktoriańskiego parlamentu. Władze stanu uznały treść listu za tak niebezpieczną, że mimo nacisków opinii publicznej został on opublikowany dopiero w latach 30-tych XX wieku, a więc ponad 50 lat po jego napisaniu.

A oto próbka listu: ... he said I was a liar and he could welt me or any of my breed, I was about 14 years of age but accepted the challenge and dismounting when Mr McCormack struck my horse in the flank with a bullocks shin it jumped forward and my fist came in collision with McCormacks nose and caused him to lose his equillibrium and fall prostrate I tied up my horse to finish the battle but McCormack got up and ran to the police camp Constable Hall asked me what the row was about I told him...
Za ten incydent - pięść która wpadła w kolizję z nosem farmera, 14 letni Ned Kelly dostał 6 miesięcy więzienia. Czytając Jerilderie Letter nie mam wątpliwości, że Ned Kelly mógłby napisać świetną książkę - cóż za górnolotny styl: fist came in collision... lost equilibrium.. fall prostrate.

Peter Carey dał pisarstwu Neda Kelly drugą szansę - napisał cudowny pastisz - osobisty pamiętnik bandyty naśladujący bardzo wiernie styl Jerilderie Letter. Jedyne poważne odstępstwo to używanie znaków przestankowych. Była to również druga szansa Peter'a Carey - za tę książkę otrzymał po raz drugi Booker Prize - literackiego "Nobla" dla pisarzy piszących po angielsku. Przy okazji książka doskonale rekonstruuje atmosferę tych czasów, animozje między zasiedziałymi osadnikami i biednymi przybyszami z cierpiącej głód Irlandii, między protestantami a katolikami, specyficzną moralność rozbójników.

Postać Neda Kelly wzbudza tu do dzisiaj kontrowersje. Miło mi gdy ich sprawcą są potomkowie Polaków. Oto fragment strony tytułowej mojej lokalnej gazety.

Młode duńsko-polskie małżeństwo zdecydowało się wyciąć ogromne drzewo cedrowe, a w pniu polecili wyrzeźbić Neda Kelly w scenie jego ostatniej potyczki z policją. Kilka osób złożyło skargę, że rzeźba promuje bandytyzm i zachęca do używania broni palnej. Na szczęście rada miejska zaaprobowała rzeźbę.

Aby utrzymać cały blog w australijskiej tonacji postanowiłem zamieścić jakiś przepis z australijskiej kuchni. Sięgnąłem do samych źródeł. Wszak australijscy Aborygeni to jedna z najstarszych cywilizacji. Wiadomo, że potrafili doskonale się odżywić i nie brakowało im wody w miejscach gdzie biali podróżnicy padali z głodu i z pragnienia. Zasiadłem więc z nimi przy ognisku na tradycyjnym corroboree...

Niestety okazało się, że byliśmy zbyt blisko cywilizacji i zaserwowano nam pieczone kurczaki zakupione w pobliskim supersamie. Zwróciłem się więc w stronę kolonizatorów. Tu też nie było łatwo. Po pierwsze biali osadnicy byli ludźmi o bardzo niewielkich wymaganiach gastronomicznych. Po drugie pochodzili z Anglii, która nie ma żadnych osiągnięć w tej dziedzinie. Pianista Artur Rubinstein w swoich wspomnieniach z wizyty w Australii w 1936 roku pisze, że jedyną potrawą serwowaną na obiad w restauracjach w Melbourne była baranina z miętowym sosem. Od tego czasu sytuacja bardzo się poprawiła za sprawą imigrantów z Europy kontynentalnej i z Azji. Ale to nie rozwiązywało mojego problemu. Poszukałem natchnienia w ... muzyce. Znalazłem dwie pozycje. Pierwsza to lody melba. Przyznam się, że widywałem je tylko w Polsce, i to jeszcze w czasch mojego dzieciństwa. Zostały skomponowane ku czci australijskiej śpiewaczki Nellie Melba. Druga pozycja to tort Pavlova stworzony w Australii (a może w Nowej Zelandii) ku czci rosyjskiej balleriny Anny Pawłowej.
Podstawą tortu jest beza. W Australii można ją kupić w supersamie...



.. w związku z czym jest to deser, który nawet ja potrafię przyrządzić. Również moja żona, super-cook i master-chef w jednej osobie, uznała tę kupną bezę za na tyle dobrą, że nie trudzi się jej pieczeniem.
Dla osób, którym za daleko do sklepu Woolworth w Australii podaję pełen przepis na tort Pavlovej:
Beza:- białka z 4 jajek, szklanka drobnoziarnistego cukru (castor sugar).
Białka ubijać w mikserze około 1 minuty. Następnie stopniowo dodawać po łyżce cukru i po każdej z nich ubijać aż cukier dobrze zmiesza się z masą. Proces ubijania zajmie około 10 minut.
Blachę do pieczenia posmarować olejem, posypać odrobiną mąki, nadmiar mąki strząsnąć. Zaznaczyć kółko na tacy kładąc talerz o średnicy ok. 18 cm.
Rozsmarować ubite białka na zaznaczonym kółku, brzeg bezy powinien być pionowy. Dla dekoracji i wzmocnienia krawędzi wycisnąć na niej łyżką płytkie bruzdy.
Piec 1:15 do 1:30 godziny w temperaturze 120 stopni, aż beza będzie sucha i chrupka. Pozwolić ostygnąć w wyłączonym piecu.
Ubić krem z 300 ml (lub trochę więcej) śmietany z odrobiną cukru pudru. Naciąć leciutko wierzch bezy dookoła krawędzi ostrym nożem i lekko wcisnąć. Rozsmarować krem grubo na bezie i przykryć owocami. My preferujemy plasterki kiwi, truskawki i passionfruit.
Frapuje mnie nazwa tego owocu, znalazłem polskie tłumaczenia - marakuja - Męczennica jadalna - brrrr. Czytałem żywoty świętych męczennic. Niektóre zostały nawet upieczone, ale żadna nie została zjedzona, co innego misjonarze. Przypomniało mi się, że moja matka wspominała, jak będąc dzieckiem podkradała owoce męki Pańskiej z ogrodu pomologicznego przy ulicy Emilii Platter w Warszawie.

Zagadka. Też z literatury australijskiej, ale z nie najwyższej półki. Proszę podać imię, nazwisko i tytuły przynajmniej dwóch książek australijskiej pisarki specjalizującej się w książkach przygodowych z okresu początków białego osadnictwa w Australii. Autorka ma domieszkę krwi aborygeńskiej, w jej książkach pojawiają się wątki aborygeńskie pisane w bardzo nastrojowy sposób. Wiele jej książek zostało przetłumaczonych na język polski.
Osoba, która pierwsza rozwiąże zagadkę będzie miała do wyboru, albo upominek z oficjalnej listy, albo ufundowaną przeze mnie nagrodę. Niestety nie mogę ufundować Prawdziwej historii Neda Kelly gdyż nakład wyczerpany. W takim razie proponuję inną książkę Petera Carey - My life as a fake - przetłumaczoną na polski jako Historia pewnej mistyfikacji.

Zagadkę rozwiązała Panna.Konwalia: Patrycja Shaw. Jej książki wydane w Polsce: "Ognie fortuny", "Poszukiwacze marzeń", "Nad wielką rzeką", "Rzeka słońca", "Pióro i kamień", "Dolina lagun".



06:29, ewamaria030
Link Komentarze (8) »
środa, 16 maja 2012

Robimy z Panną L. użytek z tego, co napisałam niedawno - Kura się internacjonalizuje i zaprasza do tworzenia wpisów po angielsku. Poniższy cytat pochodzi z katalogu wystawy "Transit und Transformation", którą można obecnie obejrzeć w Muzeum Żydowskim w Berlinie. Katalog jest dwujęzyczny, niemiecki i angielski. My bierzemy cytat angielski i nie będziemy go tłumaczyć.

In October 1930, the Hebrew poet and prosa writer Lea Goldberg travelled from Kovno (Kaunas) in Lithuania to Berlin in order to pursue advanced studies at Friedrich-Wilhelms-Universität. As much as the young Jewish woman was interested in ancient Semitic philology, she was fascinated with the city itself, or with what we may call the cultural topography of the German metropolis. In Mitchtavim mi-nesi'a meduma ("Letters of the Imaginary Journey"), the epistolary novel Goldberg published in 1937, Ruth, the thingly disguised autobiographical narrator, writes about a wandering around the streets of Berlin. The first places Ruth explores after arriving in the city are a number of urban cafés. She explains that.

because those who now sit in Romanisches Café are Jews looking for sensational news in foreign press, and because Café Lunte doesn´t exist anymore, an because the disciples of Jesus who worshipped Else Lasker-Schüler left the temple of Café -des-Westens a long time ago and found their Mt. of Olives in Le Dome or La Coupole in Paris... an because Menzel, who used to sit in Café Josty had died before I was even born... because of this and other reasons, I´m sitting in Kwik, a small café, which our Jewish "brothers" still frequent. (...)

They say that the lions of art and literature used to sit in the Romanisches Café... I didn´t see those lions... But for anyone interested in Jewish literature, there was a rare opportunity to encounter some of their wild manes in this café...

W Berlinie uważa się, że niezwykły rozkwit kawiarni w okresie modernizmu, to z jednej strony fascynacja nowoczesnym wielkomiejskim stylem życia, ale z drugiej strony pragmatyczne rozwiązanie życiowe. Artyści byli biedni albo co najwyżej niezamożni. Mieszkali w podnajętych pokojach lub nędznych pensjonatach, nie mieli na opał i światło. Zbiorowości biednych artystów kawiarnia zapewniała wszystko, na co pojedynczy twórca nie mógł sobie pozwolić plus - ekstra - towarzystwo innych, równie utalentowanych, równie biednych i równie złaknionych kontaktów społecznych.

O kawiarniach pisała już Pann L. w poprzednim swoim wpisie z Berlina. Podała też wtedy kilka nazwisk osób, które bywały w najsłynniejszej z nich czyli Kawiarni Romańskiej (Romanisches Cafe). Ciekawe, czy ich lista pokrywa się z listą tych, których książki spalono, a obrazy wystawiono na wystawie sztuki zdegenerowanej?

Romanisches Cafe

  • Gottfried Benn, lekarz i poeta
  • Bertolt Brecht, dramaturg i poeta
  • Marc Chagall, malarz
  • Otto Dix, malarz
  • Alfred Döblin, lekarz i pisarz
  • Hanns Eisler, muzyk
  • George Grosz, malarz
  • Friedrich Hollaender, muzyk
  • Mascha Kaléko, poetka
  • Erich Kästner, pisarz
  • Alfred Kerr, felietonista
  • Irmgard Keun, pisarka
  • Egon Erwin Kisch, pisarz
  • Stanisław Kubicki, malarz
  • Else Lasker-Schüler, poetka
  • Max Liebermann, malarz
  • Erich Maria Remarque, pisarz
  • Joachim Ringelnatz, pisarz
  • Christian Schad, malarz
  • Rudolf Steiner, twórca antropozofii
  • Ernst Toller, pisarz
  • Franz Werfel, pisarz
  • Billy Wilder, filmowiec


Goście Romanisches Café pochodzenia żydowskiego, Żydzi z Europy Wschodniej, nazwali swój ulubiony lokal, kawiarnia Rachmonische - od słowa w jidisz, oznaczającego coś wielce godnego pożałowania. Urządzenie kawiarni było bowiem marne, ale i tak lepsze niż jedzenie. 

Dzisiejsze kawiarnie w Berlinie nie mają już tej atmosfery, zresztą berlińskie życie towarzyskie koncentruje się teraz w klubach, a nie w kawiarniach, ale trzeba przyznać, że kawiarnia w  Muzeum Żydowskim swą, nazwijmy to, prostotą niewiele odbiega od wzorca sprzed stu lat.

Foto Panna L.

Oferta konsumpcyjna jest też... no, taka sobie. Torty i sałatka z kuskusu w plastikowych kubeczkach. Zdarzyło mi sę widywać w kawiarniach lepsze rzeczy do jedzenia.

Foto Panna L.

Ale cóż, sałatka z kuskusu - na lato bardzo dobry pomysł jedzeniowy, przy czym kuskus zastąpić można każdą inną kaszą, nawet gryczaną.

Ugotować kuskus, zalewając szklankę kaszki szklanką wrzącego rosołu z warzyw (inne rodzaje kaszy jednak ugotować). Przykryć pokrywką i zostawić do wystygnięcia. Dodać różne rzeczy, wszystkie drobno pokrojone lub drobne z natury:
pomidora (musi być obrany ze skórki i wypestkowany!)
pół papryki (upiec w piecu i ściągnąć skórkę)
małą uduszoną cebulę  
kilka oliwek
małą puszeczkę zielonego groszku
kilkanaście rodzynek
pół pęczka pietruszki
kilka pieczarek

Wymieszać, doprawić oliwą, cytryną, solą, pieprzem i chili.

A teraz Wam pokażę, co i jak można by było podawać, gdyby się było myło chciało żyło, a nie tylko kasowało pieniądze od turystów. Bo to najmodniejsze muzeum w Berlinie, najmodniejsze, bo żydowskie...

bakłażan po persku

To pasta z bakłażana po persku, serwowana z pokrojonym awokado i liśćmi świeżej mięty. Nazwa "po persku" nic nie znaczy. Ta pasta to jedna z klasycznych potraw orientalnych.

Bakłażana obrać, pokroić na plastry, posypać solą i ułożyć na talerzu. Po pół godzinie odlać do zlewu wodę, która wypłynęła z bakłażana i każdy plaster z obu stron dokładnie osuszyć papierowym ręcznikiem. Udusić bakłażana w oliwie. Jak ostygnie rozgnieść widelcem lub tłuczkiem do ziemniaków. Osobno podsmażyć w oliwie cebulę pokrojoną w cienkie paseczki i drobno posiekany (nie wyciskać!!!) czosnek. Wymieszać, dosypać 2 łyżki drobno utartego parmezanu, 10 pokruszonych listków suszonej mięty i 15 orzechów włoskich pokrojonych w niezbyt małą kostkę. Doprawić solą. Odstawić na godzinę.
Jeść łyżkami prosto z miski, nie dzielić się z nikim, bo żal...

A w charakterze zagadki to co zawsze najprzyjemniejsze, próba dokonania tematycznego przeglądu tego, co czytamy. Analiza naszej "zbiorowej biblioteki", tak jak kilka dni temu przy okazji zdjęć jako motywu literackiego. Bo czytamy tak różne książki, wybór jest tak ogromny, a przecież zawsze się okazuje, że są jakieś wspólne lektury i wspólne tematy. Teraz proponuję przypomnienie sobie, kto pisał w kawiarniach i opisał to w swojej prozie lub wierszu.
Ja podaję pierwszą pozycję: autobiograficzna powieść Simone de Beauvoir - drugi tom - "W sile wieku". W Paryżu jest wojna, Simone marznie, wstaje więc rano i chodzi do kawiarni pisać. Sartra nie ma, jest w wojsku.

Zona Oburzona: Artur Rimbaud, "Romans"

Wlosz.czy.zna: Harry's Bar w Wenecji i z pisarzy m.in. Truman Capote oraz Hemingway

wtorek, 15 maja 2012

Wiosna, wiosna, wiosna. Kwiaty w pełnym rozkwicie i zaczyna się w Toskanii okres infiorate, czyli układania na ulicach miasteczek kompozycji z płatków kwiatów. Są to często piękne artystyczne obrazy, reprodukcje słynnych malowideł lub kompozycje własne. Większość infiorate jest realizowana na Boże Ciało.

Jedna ze słynniejszych w Toskanii infiorate odbywa się w ostatnia niedziele maja w położonej blisko Florencji Scarperia. Ulice historycznego centrum miasta pokrywają kwietne dywany.

Wieczorem poprzedniego dnia mieszkańcy Scarperia przygotowują płatki kwiatów, głównie goździków, które następnego dnia posłużą do realizacji kompozycji. Wszyscy są zaangażowani do tej pracy, młodzież donosi kwiaty, starsi siedząc na krzesłach wystawionych na ulice i przy pogaduszkach i szklance dobrego wina, odrywają płatki i wsypują je do specjalnie przygotowanych koszy.

Z góry wiadomo, jaki obraz i gdzie zostanie zrealizowany. Na trotuarze w wyznaczonych miejscach, kredą zostają wyrysowane kontury obrazów, następnie w dniu infiorata, przy pomocy lekkiej warstwy kleju i różnokolorowych płatków i liści zostają zrealizowane kompozycje, które ubarwiają przez jeden dzień ulice miasteczka i stwarzają magiczną atmosferę. Zobaczcie same, jak to pięknie wyglądało w zeszłym roku.









A jak wiosna to przepis na sałatkę wiosenną z ryżem:

300g ryżu parboiled
100g cienkiej zielonej fasolki szparagowej (jeżeli mrożona to krojonej)
200g świeżego zielonego groszku
300g szparagów
oliwa z oliwek
sól i pieprz

Szparagi połamać w kawałki 2-3 cm; fasolkę szparagową obrać i pokroić w takiej samej długości kawałki. W dużym garnku doprowadzić wodę do wrzenia, osolić i dodać wszystkie jarzyny oraz ryż. Jak ryż będzie ugotowany odlać wszystko, przelać zimną wodą, porządnie odcedzić.
Podawać w odpowiedniej wielkości salaterce z dodatkiem pieprzu i oliwy z oliwek.

 Photo: Maria

Na zagadkę nie miałam pomysłu, ale pomogła mi Panna Prymarna. Wielkie dzięki. Pozdrawiam wszystkie Panny. Włosz.czy.zna.

Z wpisem tym łączą się trzy kobiety, w tym święta ... Ewa. Jak?
Odpowiedzi udzieliła Konsti: święta Ewa sprawiła, że w początku XIV wieku ustanowione zostało święto Bożego Ciała. Dwie inne kobiety, które się do tego przyczyniły to święta Juliana z Liege (Juliana z Cornillon) oraz błogosławiona Katarzyna z Bolseny.


Tagi: ryż sałatki
03:48, ewamaria030
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 14 maja 2012

Targ na jarzyny

Cudny obraz i cudny tytuł. Targ na jarzyny. Tak się po prostu mówiło te 130 lat temu, ale dziś budzi piękne skojarzenia, z Prusem, z Proustem...

Opowiedziałam Pannie L., która jest bądź co bądź, jak Danusia, "historyczką sztuczką", że zachwycił mnie ten obraz, jak byłam ostatnio w Muzeum Narodowym w Poznaniu, a ona mi od razu podsunęła kilka dalszych informacji.

Nota bene - historyczka sztuczka to był oczywiście ukłon w stronę "pani ministry". Zadałam też pytanie: jak myślicie, jak się będzie nazywała pani ministra, jeśli po wyborach zajmie miejsce Tuska? Była to zagadka-żarcik, więc bez nagród. Propozycja Zony Oburzonej - premierytka, a Panny Głównej: premiera. Proszę o dalsze propozycje, nie tylko zresztą dla premierytki. Kanclerka? Prezydentka? Księdza (gdy już kobiety będą mogły pełnić posługę kapłańską)?

Wróćmy jednak do Żelaznej Bramy. Teksty i ilustracje przygotowała Panna L.

Foto Panna L.

Ogród Saski zwany jest niekiedy ojcem polskich parków. Był pierwszym miejskim ogrodem publicznym w Polsce. 27 maja 1727 roku król August II otworzył Żelazną Bramę Ogrodu dla wszystkich, co jak twietrdzi Małgorzata Baranowska, autorka cytowanej tu właśnie książki "Warszawa, miesiące, lata, wieki", oznaczało oczywiście tylko ludzi odpowiednio zamożnych i odpowiednio... ubranych.

Foto Panna L.























Tekst na zdjęciu się urywa, a wszak opis taki ładny: "...a z niej przez otwierany dach, przy kosztownym fajerwerku, wybuchnął bukiet z kilkunastu tysięcy rac złożony, jako nawiązanie paniującemu naonczas Augustowi III w dzień imienin jego, przez aluzję do 3 Augusta obchodzonych..."

W następnym stuleciu sceneria radykalnie się zmieniła. W roku 1893 czytamy w "Ilustrowanym przewodniku w podróżach":

Plac za Żelazną Bramą... Plac ten o dość nieregularnych formach zamyka się ulicami Zimną, Przechodnią, Ptasią, Żabią, Graniczną, Gnojną i Skórzaną. Zabudowany dookoła wielkimi kamienicami. Na samym placu odbywa się targ największy w mieście. Część placu (...) zajmuje obszerny, okrągły budynek (...) zwany Gościnnym Dworem, w którym mieści się kilkadziesiąt większych i mniejszych sklepów, dzielących się na grupy, odpowiednio do towaru, jakim handlują... Od ulicy Gnojnej sklepy z kaszą, mąką, krupami, od Skórzanej szewskie... Po bokach ciągną się długim szeregiem budki straganiarek, zaopatrzone w różne produkty żywności, stragany z butami i bucikami kobiecymi, z sukniami, kaftanami. Kręci się tu mnóstwo żydów, którzy cały swój towar noszą na sobie (...) Od strony ulicy Żabiej i Przechodniej w długich rzędach symetrycznie uszykowanych, znajduje się targ na ryby, zwierzynę, ptactwo domowe itp. Handel ten jest przeważnie w rękach żydowskich... Wszystko tu wre ruchem gorączkowym, kipi, krzyczy; tysiące głosów napełnia okolicę wrzawą trudną do opisania. Tam stara żydówka, zabrudzona, z rękawami zakasanymi po łokieć, wydobywa ryby z kadzi, rąbie je na desce, waży, krzyczy, dziesięciu osobom na raz odpowiada i do skórzanego worka, zamieszczonego pod fartuchem, zgarnia drobną monetę... Słowe targ za Żelazną Bramą jest jedną z najciekawszych osobliwości Warszawy... Na placu tym wznosi się wspaniały gmach z kolumnadą w porządku jońskim... Pod portykiem tego niegdyś pańskiego pałacu dziś są są sklepy i kramy, a na pierwszym piętrze jest jedna z największych sal, wynajmowanych na wesela dla izraelitów".

"Miasto na szklanych negatywach. Warszawa 1916 w fotografiach Willy' ego Römera"; wyd. Dom Spotkań z Historią w Warszawie, 2010

Na fotografii te właśnie opisane powyżej kramy żydowskie w podcieniach Pałacu Lubomirskich. Pałac jeszcze w XIX wieku został zamieniony na kamienicę, w której wynajmowano mieszkania i lokale użytkowe. Za Żelazną Bramą handlowano już od końca XVIII wieku. Wspomniany wyżej Gościnny Dwór został zbudowany w roku 1841. Obok znajdowały się istniejące do dziś Hale Mirowskie. Nazwa przetrwała, chociaż w 1818 żelazną bramę wymieniono na zwykłą.

Foto Panna L.

Cała ta okolica weszła w skład Getta Warszawskiego. Pałac Lubomirskich, zbombardowany w roku 1939, znalazł się między dużym i małym gettem. Po zlikwidowaniu getta teren praktycznie zrównano z ziemią.

Zagadkę zadaję ja, Panna Główna. Obecnie stoi tu wysokie blokowisko zwane osiedlem "Za Żelazną Bramą". Właściwie groza, ale taka, że już zaczyna mieć swój walor estetyczny. Nakręcono tu między innymi fragmenty filmu "Gra" z serialu "Najważniejszy dzień życia" i sceny do kultowego filmu... Jakiego? Czyjego? Kiedy?
Prawidłową odpowiedź podała ZonkaBronka: "Miś" Stefana Barei z roku 1981.
W roku 2010 powstał też
film dokumentalno-artystyczny o osiedlu.

I na zakończenie też ode mnie jeszcze jeden Pankiewicz - paryski "Targ na kwiaty", a jak Paryż i Plac, i targ, to pod spodem przepis Kattinki na zupę z kasztanów, dedykowany pannie przewodnikpokrakowie i innym naszym czytelniczkom, które nie mają odwagi poprosić o ufundowaną porzez Wlosz.czy.znę nagrodę, bo myślą, że nie będą wiedziały, co z tym fantem zrobić.

Targ na kwiaty

Zupa kasztanowa "Maroni", a skoro sezon na kasztany już minął, posłużymy się kasztanami suszonymi.

1 kg obranych kasztanów
4 szalotki francuskie
125 ml słodkiej śmietanki
1 łyżka kwaśnej śmietany
750 ml wywaru warzywnego
250 ml wina białego (lub rosé) półwytrawnego ( jak się da - o nucie truskawkowej)
1 łyżeczka soku z cytryny
1 łyżeczka cukru i 1 łyżeczka masła
sól, biały pieprz
owoc granatu

Szalotki siekamy drobno i dusimy w maśle z cukrem. Gdy się skarmelizują, przekładamy je do rondla, dolewamy szklankę wina i dusimy na małym ogniu przez kilka minut, po czym wsypujemy kasztany, dodajemy wywar warzywny i zostawiamy na małym ogniu na kolejne pół godziny. Zdejmujemy z ognia, dodajemy łyżkę kwaśnej śmietany i miksujemy zupę na gładki krem, doprawiamy do smaku sokiem z cytryny. Przed podaniem na stół ponownie podgrzewamy i łączymy delikatnie z połową śmietany kremówki, ubitej z dodatkiem soli i pieprzu. Na talerzach posypujemy ziarenkami owocu granatu i ozdabiamy kleksem pozostałej bitej śmietany.

Tagi: zupy
02:08, ewamaria030
Link Komentarze (18) »
niedziela, 13 maja 2012

Przez 2/3 mojego życia byłam ograniczona pewną zasadą. Nazwijmy ją 1/1, albo 3/1. Chodzi o to, że ze względów finansowych, a także zaopatrzeniowych, w dzieciństwie i wczesnej młodości posiadałam jedne buty na sezon. Czyli wychodziło, że miało się jedne sandałki, jedne buty jesienno-wiosenne oraz jedne cieplejsze, a jeśli któreś z nich wystarczały na następny rok, było super. Mijały lata, sytuacja się poprawiła, a mnie zabrało trochę czasu oderwanie się od tej zasady. Gdy kupiłam sobie po raz pierwszy drugą parę sandałków, miałam wrażenie, że przekroczyłam jakąś granicę. Ręka drżała, gdy płaciłam za krótkie kozaczki, gdy wysokie stały już w domu na półce. Gdy kupowałam trzecie buty na niewysokim obcasiku, idealne do pracy i na wielkie wyjścia, czułam, że zwyciężyłam. Trudno było oderwać się od poczucia, że więcej niż jedne buty mi nie przysługują...

Dzisiaj trochę tych butów posiadam, ale bez przesady. Staram się o nie dbać, nie wyrzucam pochopnie. Korzystam z usług szewca, gdy coś się uszkodzi. Reklamuję buty niezwykle rzadko. Staram się kupować te dobrej jakości, ale nie za zawrotną sumę. Lubię buty skórzane. Jeśli zrażę się do jakiegoś producenta, czy sklepu, już nie powielam błędu. W efekcie trochę ich nazbierałam. Ale nie aż tyle, co wspominana już przez Pannę Prymarną gangsterka. I na pewno nie tego typu.

Kupowanie butów nie jest dla mnie łatwe. Mam małą i wąską stopę. Nie umiem chodzić w szpilkach. Od obcasów mniej więcej pięciocentymetrowych bolą mnie stopy, podobnie od zupełnie płaskich. A asortyment w sklepach wbrew pozorom nie jest jakiś bardzo szeroki. Ponadto ostatnio dość często okazuje się, że but z ekspozycji zdążył zmienić kolor i od swojego kolegi z pary widocznie się różni. Ale jak już znajdę takie buty, które mi się podobają, są wygodne i pasują, to chodzę w nich nie tylko przez jeden sezon.

Najdłużej pozostały ze mną buty przeznaczone do wędrówek górskich, ale to specyficzny rodzaj obuwia. To nadal najdroższe buty, jakie posiadam. 10 lat temu kosztowały mnie kilkaset złotych. Najwięcej chodziłam po górach w tych czasach, gdy specjalistyczne sklepy dla turystów dopiero zaczynały działalność. Dobry sprzęt był drogi i wtedy nie było mnie na niego stać. Nie było też jeszcze sklepów z końcówkami serii, czy towarem lekko wybrakowanym. Do tych butów mam olbrzymi sentyment, ponieważ Mój Mąż, jeszcze wtedy nie-mąż, a nawet nie-narzeczony, obiecał, że dołoży się do butów dla mnie, wiedział, że o takich marzyłam. Można powiedzieć, że jeden but był prezentem pod choinkę od Mojego Przyszłego Męża.

buty

W tych butach byłam między innymi w Tatrach, tam przeszły chrzest bojowy. Bardzo lubię te góry, nie dziwię się wcale, że tyle osób zwariowało na ich punkcie. Niestety, to zaszkodziło ostatecznie krajobrazowi. Dawno już w Tatrach nie byłam, bo odstrasza mnie wizja tłumów zadeptujących Krupówki i górskie szlaki. Nie odczuwam przyjemności w staniu w kolejce w sklepie, a co dopiero w kolejce na Giewont, czy do łańcucha służącego asekuracji w drodze na Świnicę.

Poniżej zdjęcie zrobione 7 lat temu w maju. Prezentuje Czarny Staw Gąsienicowy, jedno z moich ulubionych miejsc w Tatrach. Można się stamtąd udać w kierunku Przełęczy Zawrat lub na szczyt Świnicy.

Czarny Staw Gąsienicowy

Wycieczka w góry nie uda się bez jedzenia. Wiadomo, że w schronisku zje się coś ciepłego, ale do niego zazwyczaj daleko. W drodze trzeba się zadowolić kanapkami. Lubiłam zawsze dbać o to, żeby kanapka była treściwa, ale i smaczna. W końcu jakoś trzeba sobie zrekompensować wysiłek. Dzisiaj kanapka, czyli danie najprostsze na świecie.

Ulubiona bułka
Sałata lodowa (bo przyjemnie chrupie)
Ser żółty
Wędlina
Pomidor
Masło
Majonez

Bułki przekrawamy i smarujemy masłem. Sałatę myjemy, siekamy (ostatnio dowiedziałam się, że to jedyny rodzaj sałaty, którą można siekać, bardzo mnie to ucieszyło), rozkładamy na masło. Na sałatę dajemy nieco majonezu, kładziemy ser, wędlinę, pomidor. Składamy obie połówki bułek i pakujemy. I zjadamy ze smakiem, popijając kawą z termosu.

kanapka

Jest taka książka, w której bohaterem zbiorowym są górale. Są to wspomnienia z różnych lat najpierw chłopca, potem mężczyzny. Napisana świetnym językiem, czerpiącym trochę z gwary góralskiej. Nie wiadomo, czy autor odważył się wybrać do Zakopanego po wydaniu tej książki... Co to za książka, czyjego autorstwa?

Odpowiedziała Niespieszna: Spiski. Opowieści tatrzańskie Wojciecha Kuczoka.

Pozdrawiam
Żona Oburzona

 

Tagi: kanapki
01:43, ewamaria030
Link Komentarze (8) »
sobota, 12 maja 2012

Pisałam i pisałyśmy już o śniadaniu wielokrotnie, ale to taki pojemny temat. Zwłaszcza w Berlinie, albo zwłaszcza w moim życiu... Bo oto najpierw jakiś czas temu urządziłyśmy sobie z Panną L. śniadanie na balkonie. Zaczęłyśmy o... 17 i skończyłyśmy o północy.

Foto Panna L.

Foto Panna L.

A w kilka dni później wstałyśmy o w pół do ósmej i przygotowałyśmy śniadanie, które spożyło dziesięć osób, ale nie na raz tylko w sześciu turach, a trwało ono dwanaście godzin. W imprezie uczestniczyły też kot i pies, a konsumpcja kilkanaście razy przenosiła się z kuchni na balkon i z balkonu do kuchni.

Foto Panna L.

Foto Panna L.

Nie jestem żadną dobrą ogrodniczką. Wiem, że ludzie potrafią wyczarować cuda na balkonach. Może tym wpisem zmobilizuję Danusię, żeby z powrotem zaczęła pisać dla Kury, bo wydaje mi się, że rośnie u niej na balkonie zaczarowany ogród.

Tymczasem u mnie same proste rzeczy - bratki, szałwia, pietruszka, lawenda - wszystko co bardziej skomplikowane nie wytrzymuje albo mojej (pewnie niezbyt starannej) opieki, albo odwiedzin łakomych ptaków, albo wreszcie faktu, że mieszkam na czwartym piątrze, nade mną już tylko niebo, a przede mną widok na Zachód z Berlina aż po atlantyckie wybrzeża Normandii. I takąż - tylko w przeciwnym kierunku - drogę dla wiatrów. Jak na dole wieje taki sobie zwykły wiatr - u mnie, pod ogromną kopułą nieba hula Wspaniały Wielki Wicher. Czyli dokładnie na odwrót niż w ogrodzie u mojej siostry, gdzie jeśli widać, że wiatr z lekka porusza gałązkami drzew, to znaczy że na morzu szaleje ogromny sztorm.

Wiatr nasuwa masy zagadek, ale ja się dziś wykpię sianem i zadam zagadkę, której rozwiązaniem jest pewien przepis z kuchni francuskiej. Tuwim i Słonimski, którzy uwielbiali zabawiać się z ludźmi, sytuacjami i słowami, przetłumaczyli kiedyś nazwę tego dania na polski jako "lata z wiatrem skarbnikowa". Proszę podać nazwę tego dania w oryginale oraz przepis, jak je wykonać. Części składowe tego dania były już na Kurze i można z nich skorzystać.

Zagadkę rozwiązała Konsti. Chodzi o danie zwane vol-au-vent á la financiere. W dzisiejszej wersji są to paszteciki z ciasta francuskiego (kupne) - w tradycyjnej były to ptysie, które naprawdę bardzo łatwo zrobić w domu, choćby wg przepisu z Kury. Upieczone i ostudzone ptysie rozcinamy na dwie "nierówne połowy". Dolną - większą - połówkę wypełniamy sosem beszamelowym też wg przepisu z Kury, wymieszanym z zielonym groszkiem, pieczarkami, krewetkami, kawałkami mięsa, ryby lub szynki - w gruncie rzeczy tym, co mamy pod ręką. Bo "wolawenty" to klasyczna potrawa do upłynniania resztek. 

Od kilku lat Berlin stał się królestwem wakacji, nie dla turystów, turyści nas nie obchodzą - lecz dla nas. Latem w Berlinie jest ciepło, mamy mnóstwo lasów i jezior, kilkanaście "plaż" w środku miasta, a poza tym możemy spędzić „lato na balkonie". "Sommer vom Balkon" to już berliński idiom, co najmniej od filmu Andreasa Dresena o tym tytule (2005).

Balkony, ogrody i ule to najnowsze hity życia w Berlinie. Przy czym nie chodzi o to, co miasto robi w tym kierunku dla swoich mieszkańców, polityków i turystów, tylko o to, co my, mieszkańcy robimy dla siebie. Poniekąd, żeby (po raz kolejny) pokazać, że miasto jest naszą własnością i powiedzieć politykom, żeby nas zostawili w spokoju. Najnowsza fala fascynacji ogrodami jest więc częścią wielkiego nieformalnego projektu społecznego „reclaim your city” i walki o sprawiedliwą strukturę społeczną miasta, a jednocześnie wiąże się z troską o ekologię, ochronę środowiska i zrównoważony rozwój.

Oczywiście wiemy, że ogród to cudowna rzecz. Każdy ogródek działkowy w Polsce jest producentem kwiatów, jarzyn i owoców, ale, odpowie nowoczesny berlińczyk, chlubne to i sprawiedliwe, jednakże nie jest sztuką hodowanie jarzyn i owoców tam, gdzie da się to robić, sztuka wyhodować je tam (i tak), gdzie (i jak) nikomu by to nie przyszło do głowy. Na przykład w worku, plecaku czy za płotem... u sąsiada.

Zasadniczo powinnam się uprzeć i pokonać Wielki Wiatr Balkonowy, po to by zrealizować moje ogrodnicze marzenia. Dwa! Marzy mi się własna dynia na balkonie, taka duża, żeby można było zrobić jesienią zupę dla wszystkich krewnych-i-znajomych-Królika. Oraz wielka młoda kapusta (ta o której pisałam już przy okazji hammamu, polana roztopionym masłem). Może jeszcze żółta fasolka. W zeszłym roku moje marzenia mnie olały. W tym roku  nadal próbuję.

Urban gardening to już nie zawracanie głowy dla wariatów tylko style life. O dzikich akcjach zazieleniania miasta - green guerilla - piszą nawet gazetki dla rodziców, bo otóż możemy i powinniśmy podejmować takie akcje z dziećmi. W jednym z berlińskich sklepów ze zdrową żywnością pojawił się nawet specjalny automat, w którym zamiast cukierka czy gumy do żucia dziecię może sobie za 10 centów zakupić kulkę z nasionami, które wysieje gdziekolwiek, a potem będzie chodzić i sprawdzać, jak rosną.

Podstawowym aspektem urban gardening jest przekonanie, że każdy z nas ma PRAWO do uprawiania kawalątka ziemi. I jeśli jej nie mamy, to musimy ją sobie wziąć, zdobyć, wyszarpnąć czy przekonać władze, żeby nam ją dały. Tak powstały w ostatnich latach ogrody sąsiedzkie w przestrzeni pomiędzy blokami mieszkalnymi, gdzie każdy uprawia półtora metra kwadratowego, ogrody dla dzieci z grządkami wielkości chustki do nosa, ogrody międzynarodowe i interkulturowe, które przypominają, że świat jest różnorodny, a jednocześnie wspierają wspólną pracę i rozrywkę migrantów i „tubylców”, a też stawy ze złotymi rybkami na podwórkach i gaje brzozowe na dachach kamienic.

urban gardening

Na zdjęciu jarzyny z Prinzessinnen Garten, hodowane w skrzynkach i workach ustawionych na niezagospodarowanym nieużytku. Gdy miasto przestanie tolerować na pół nielegalny ogród i wyrzuci ogrodników, cały ogród będzie można przewieźć w inne miejsce.

To wszystko może się wydawać śmieszne. Po co dorabiać ideologię do głowy kapusty i dwóch marchewek? Ale wbrew pozorom ruch urban gardening jest już w tej chwili tak silny, że muszą się z nim liczyć politycy. Inne jest też pochodzenie nowych miejskich ogrodników. To nie biedota, dla której w połowie XIX wieku wymyślono ogródki działkowe, to ludzie wykształceni i społecznie zaangażowani. Jeśli walczą z władzą, to walczą przede wszystkim na słowa i wiedzą znakomicie, jak ich używać. 

Uważajcie, mówią ogrodnicy, mamy prawo do naszego miasta! Nie chcemy, żeby nas wyrzucano z domów i zabierano przestrzeń. Mamy prawo żyć w nim tak jak chcemy i nikt nie może nam dyktować tego, jak mamy chcieć! I uważajcie, bo potrafimy się obronić. A nawet wygrać!

Jeśli moja wymarzona dynia mi wyrośnie i zaproszę Was wszystkich na zupę do Berlina to pamiętajcie, że dynia była waleczna, a zupa będzie polityczna!

A tu ja (Kandyjka) dodałam 2 zdjęcia, o które prosicie w komentarzach. Na pierwszym rajska jabłoń, która kwitnie właśnie przed domem, a na drugim, obok schodkow możecie zobaczyć naszą altankę. 

Photo: Kanadyjka

Photo: Kanadyjka

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35
Durszlak.pl