poniedziałek, 21 maja 2012
Całkiem niespodziewanie dowiedziałam się na Kurze o Food Blogger Fest, a że akurat miałam być 12 maja w Warszawie, więc zgłosiłam swój udział. Food Blogger Fest odbył się w fajnym budynku Agory na Czerskiej—beton, szkło, drewno i zieleń—dokładnie tak, jak lubię. Konferencja miała trwać parę godzin, ale byłam tylko na pierwszej części, w której to usłyszałam o kotlet.tv; o miesięczniku „Kuchnia“, którego wcześniej nie znałam; o food writing, czyli jak pisać o jedzeniu; oraz o blogu z przypadku: gotujebolubi.blox.pl. Wykłady były krótkie, w sam raz dla anonimowych adhdowców, ale żaden mnie nie porwał, chyba nie jestem blogerką ani kucharką z krwi i kości. Raczej są to czynności towarzyszące i nie na pierwszym miejscu w moim życiu. Druga część zdawała się być bardziej techniczna: o PR, o promocji bloga etc., a że średnio mnie to interesowało i kawa właśnie przestawała działać, to się urwałam, by wreszcie dotrzeć na targi książki w Pałacu Kultury i Nauki. Nie było plakietek z imionami, nazwiskami, tytułami/adresami blogów—a szkoda, bo tak się łatwiej poznaje ludzi, zapamiętuje ich imiona—to taki standard na Zachodzie, a u nas, no cóż, jeszcze nie. Poznałam różne miłe blogerki, Beatę z Cukierniczych Kreacji, Edith z MadameEdith, Ilonę, studentkę polonistyki, która myśli o tym, by założyć swój blog. Rozdałam trzy ręcznie wykonane wizytówki. Zrobiłam ich w sumie pięć—tytuł kury jest długi i po pięciu zabolała mnie ręka. Byłam zawiedziona cateringiem—skoro konferencja o jedzeniu, to jedzenie powinno być super, a było...tylko słodkie. Kilka ciast (patrz zdjęcia), całkiem dobra kawa, różne rodzaje herbat, ale wszystko tak strasznie słodkie, że nie mogłam na to patrzyć po jakimś czasie. Zanim mnie znudziło zdążyłam zjeść tort bezowy z truskawkami (tylko te truskawki w nim mnie nęciły) i tiramisu. Podobno była tarta z łososiem i ze szpinakiem, ale przeoczyłam, poza tym nie jem już ryb. W skali od 1 do 10, imprezę oceniam na 3,5. Może byłam zawiedziona, iż nie udało mi się dostać na warsztaty fotografii z Beatą Lipov, a może to dlatego, że źle się czułam w Warszawie--wydała mi się nieprzytulna w trakcie tej wizyty. Zagadka krótka: nie o blogerce, ale o dzielnej kobiecie, która potrafi gotować: Kobieta. Gotowanie. Córka. Amerykańska produkcja. Trudne, ale dobre. Oglądałyście już? I coś na ząb, też odrobinę słodkiego: Pancakes, czyli amerykańskie naleśniki 1 szklanka mąki Do miski wbijam jajka, dodaję jogurt oraz mleko, mieszam. Dodaję masło. Do drugiej miski przesiewam mąkę z proszkiem i sodą, dodaję sól i cukier, mieszam. Do suchych składników dodaję składniki płynne i mieszam. Na patelni rozgrzewam 1 łyżkę masła. Na gorący tłuszcz nakładam niewielkie porcje ciasta i smażę placuszki (zazwyczaj asymetryczne, byle jak, bo na smak to nie wpływa). Podaję ze świeżymi owocami lub syropem klonowym. Udanego poniedziałku życzy, pewna.panna, bloginka przez przypadek
niedziela, 20 maja 2012
Zainspirował mnie wpis Panny Kattinki o śladach Rzymian w Portugalii, który ukazał się kilka dni temu. Poruszył we mnie wspomnienia sprzed ponad trzydziestu lat. My też chodziliśmy po śladach Rzymian, ale w innej części świata - na południowym brzegu morza Śródziemnego, w dawnej Trypolitanii. Trypolitania, ziemia trzech miast Sabraty, Oea i Leptis Magna. Tam gdzie dziś jest Libia była w starożytności wielka połać Cesarstwa Rzymskiego, spichlerz europejskiej części Cesarstwa. Żyzne, rozlegle pola uprawiane przez tubylców, były pilnowane i chronione przez rzymskich żołnierzy. Administracyjnie należeli do Rzymu, płacili daninę w postaci uprawianych i przetwarzanych ziemiopłodów, mieli przy tym pewną niezależność i samorządność. Musieli gdzieś mieszkać i żyć, i dla nich zbudowano te trzy miasta, i tak powstała Trypolitania. Miasta były rozlegle, zbudowane z kamienia, z ulicami pokrytymi kamiennymi płytami, ze wszystkimi miejskimi urządzeniami, o których napiszę za chwilę.
Rozwój tych miast przerwała w 640 roku n.e. inwazja arabska. Dalsze losy tej ziemi są związane z historią wszystkich krain podbitych w tamtych czasach przez muzułmanów, którzy tworzyli własną kulturę, a wyludnione miasta rzymskie pozostawili swojemu losowi i ekspansji piasku nanoszonego przez morze. Każdego wolnego od pracy dnia, kiedy jeszcze nie było wielkich upałów, a więc, późną jesienią, zimą i wczesną wiosną, jeździliśmy do Leptis Magna i Sabraty i metr po metrze, uliczka po uliczce zwiedzaliśmy te odkopane miasta. Miasta wielkie, jak na starożytne czasy, bo liczące po kilka hektarów gruntu. W okresie lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego stulecia, Libia była kolonią włoską i włoscy archeolodzy odkopali te miasta z zalegającego je piasku i zrekonstruowali co mogli i na co czas im pozwolił. W 1942 roku musieli w popłochu stamtąd uciekać, bo zaczynała się wielka wojna w Afryce. Odkopano wspaniały amfiteatr zbudowany na zboczu, z rozległą sceną i nadal świetną akustyką.
Odkopano uliczki krzyżujące sie pod kątem prostym i otwarte w kierunku morza, skąd czyste powietrze wchodziło do miasta i je przewietrzało. Odkryto przyziemia domów z kamienia, wydobyto i częściowo zrekonstruowano piękne rzeźbione kolumny świątyń. Odkopano baseny kąpielowe, które miały podgrzewaną wodę! Obok była wieloosobowa, publiczna ubikacja z bieżącą wodą - jej obieg wymuszono wykorzystując pochyłość terenu, wszystko w dostojnym marmurze, ozdobione rzeźbami, których widok miał umilać panom czynności fizjologiczne.
Wśród licznych odkopanych miejsc była także hala targowa, której rzeźbione stoiska wskazywały czym się w danym miejscu handluje. Podłoga tej hali była prawdopodobnie pokryta biało-czarną mozaiką, której posortowane piramidki były usypane w pobliżu. Jeden z Cezarów rzymskich Sever Septimus, założyciel dynastii Severów, urodził sie w Leptis Magna. Miasto, dumne ze swojego obywatela, postawiło mu łuk tryumfalny, który był podparty grubymi, drewnianymi belkami.
W mieście był dom publiczny, do którego drogę znaczyły wyryte w komieniu wymowne znaki.
Uliczka, na której znajdował sie ten przybytek nosiła nazwę Liber Pater! Jeżeli ktoś myśli, że klapki z dwoma paskami, zwane dziś japonkami, wymyślili Japończycy, to bardzo sie myli. W Sabracie, w przedsionku łaźni, jest na podłodze piękna, doskonale zachowana mozaika przedstawiająca właśnie takie japonki i wskazująca, że tam trzeba zostawić obuwie i dalej iść boso.
Salvom Lavisse znaczy „Łaźnie jest dla ciebie dobra” Piszę tylko o dwóch miastach Leptis Magna i Sabrata, a nazwa Trypolitania wskazuje na trzy. Otóż trzecie miasto, Oea, rozpadło sie w dziejowych zawieruchach i na jego gruzach powstało miasto i port Trypolis. My byliśmy tam ponad trzydzieści lat temu, co teraz po ostatniej wojnie w Libii, dzieje się z tymi cennymi zabytkami, tego nikt nie wie. Jest tam nadal niespokojnie i powtarzają sie walki plemienne, nikt tam teraz nie pojedzie, aby ratować zabytki starożytności. Czy te piękne i cenne mury przepadną na zawsze? Wielka strata i żal. Wasza Ciotuchna W czasie pobytu w Libii najbardziej brakowało mi koperku, a więc przepis na zupę koperkową. Jest to najszybsza zupa na świecie. Przepis na trzy osoby. Zagotować odpowiednią ilość wody (ok. 3 szklanek), wrzucić 2 kostki rosołowe. Zrobić lane kluski z jednego jajka, 2 łyżek mąki i soli. Lać na gotujący sie "rosół". Drobno posiekać nieduży pęczek koperku i wrzucić go do zupy. Można zaprawić zupę śmietaną, ale bez mąki. Nie gotować, przykryć i po 5 minutach podawać. Pycha! A zagadka: Jaki związek z dzisiejszym wpisem ma Mary Westmacott?
sobota, 19 maja 2012
Kto ukrywał się w tekście pod literkami XXX, kto jako YYY? Kto kogo zaprosił na obiad i w jakiej książce zostało opisane?
Odpowiedzi udzieliła Zona Oburzon: "Lalka" Bolesława Prusa (dziś jest setna rocznica jego śmierci). XXX to Wokulski, a YYY - Izabela Łęcka. Bardzo go lubię, chyba wszyscy go lubimy. Choć może nie wszyscy wiemy, że ufundował stypendium dla zdolnych wiejskich dzieci, które przyznaje się do dziś. Ciekawe, prawda? Ale wróćmy do owego obiadu. Można go doskonale wydatować - odbył się 17 czerwca. Letni obiad - dlatego chłodnik, polędwica, ryba, a na zakończenie jeszcze kawa i lody. Prawidłowy jadłospis na obiad letni, tylko... tylko że właściwie najpierw powinien być sandacz, a polędwica dopiero potem. Ale może za czasów Wokulskiego i Izabeli, jej ojca i panny Florentyny obowiązywała inna kolejność dań? Czy właścicielki Ćwierciakiewiczowej mogłyby to sprawdzić?Jest jednak więcej pytań do autora. Zapewne, zapewne, Wokulski nie powinien był popijać polędwicy piwem, ale skąd on wziął to piwo? Stać przecież musiało na stole. Albo ów nóż do jedzenia ryby? Jeżeli najpierw była polędwica, a ryba potem, na stole nie było już sztućców do mięsa, nie było więc jak prowokować snobistycznych panien użyciem noża do ryby. Zresztą po prawdzie do ryby też były noże, tylko inne. Przepis będzie w zgodzie z powieścią i porą roku (powieściową ale i naszą realną) - sandacz po warszawsku w sosie ogórkowym. 4 kawałki ryby (jak dostaniecie, to sandacza)
Zamiast kupnej przyprawy do ryb (jest w niej wegeta, a to zawsze psuje smak) możemy dodać łyżeczkę wymieszanych ziół własnej kompozycji – może w tym być po troszeczku cebuli, czosnku, pieprzu, imbiru, gorczycy, kolendry, skórki cytrynowej, kopru, pietruszki, mięty – ot, sporo różnych smaków. Rybę umyć i osuszyć; skropić sokiem z cytryny , posolić, popieprzyć, posypać ziołami, obłożyć krążkami cebuli; odstawić na pół godziny. Obrać ogórki, przekroić na pół i usunąć gniazda nasienne. Pokroić w kostkę. Rozgrzać w rondelku 2 łyżki masła, wsypać ogórki, smażyć na średnim ogniu przez 5 min. Wrzucić liść laurowy i posiekany ząbek czosnku. Dodać sól, pieprz, cukier. Wlać śmietanę, gotować na małym ogniu 2 minuty. Zdjąć garnek z ognia, ostrożnie, cały czas mieszając dolać po kropelce łyżką soku z cytryny. Dodać drobno posiekany koperek, wymieszać. Odstawić. Rybę otoczyć w mące i smażyć po obu stronach na średnim ogniu. Powinna być złocista, co uzyskamy po 10 minutach (po 5 na każdą stronę). Ułożyć rybę w naczyniu żaroodpornym, polać sosem ogórkowym, podgrzać w piekarniku przez ... minutę! Ułożyć wokół ryby plasterki lub ćwiartki cytryny.
piątek, 18 maja 2012
Upływ czasu i kruchość życia najmocniej czuję na cmentarzach. Mimo to, a może właśnie dlatego, lubię na nich przebywać, spacerować, zwiedzać je. Pewnie kiedyś pokażę tu zdjęcia z nekropolii w Łodzi i Warszawie, które kiedyś zrobiłam. A dzisiaj opowiem Wam o kilku cmentarzach z mojego rodzinnego miasta. Wpis ze specjalną dedykacją dla wszystkich Panien i Paniczów z Wrocławia. Park Grabiszyński tętni życiem. Już o 6-7 rano (wiem, sprawdziłam!) pełen jest ludzi biegających, uprawiających nordic walking, jeżdżących na rowerze. W ciągu dnia mnóstwo rodziców wędruje po parku z wózkami. Na jednej z łąk jest boisko. Na innej wygrzewają się amatorzy słońca. Właściciele czworonogów chętnie je tu wyprowadzają (szkoda tylko, że nie wszyscy po nich sprzątają...). I całe to intensywne życie toczy się w sąsiedztwie pozostałości po trzeciej części Cmentarza Grabiszyńskiego. Znajduje się tu Cmentarz Żołnierzy Włoskich, którzy zmarli w obozach jenieckich we Wrocławiu oraz w innych miastach Dolnego Śląska i Niemiec podczas I Wojny Światowej.
Na skraju parku mamy z kolei niewysokie wzniesienie z Cmentarzem Żołnierzy Polskich, poległych m. in. w trakcie Kampanii Wrześniowej.
A na mnie największe wrażenie robi inny cmentarzyk. To właściwie jedna z kwater, która pozostała po nieistniejących częściach Cmentarza Grabiszyńskiego. Chowane w niej były dzieci w latach 30 i 40 XX wieku, znajduje się tu również nagrobek z 1931, oparty o porośnięte bluszczem drzewo. Może Panny władające niemieckim zechcą przetłumaczyć dla mnie napis? Na cmentarzyku pojawiają się regularnie znicze, najwyraźniej żyją jeszcze krewni tych Aniołków.
czwartek, 17 maja 2012
Australię nazywają krajem drugiej szansy. Doświadczyłem tego osobiście wiele razy. Pojadę więc i dzisiaj na tym koniu. Gdy o koniu mowa to jest to dobra okazja, aby wyjaśnić mój nick - pharlap. Pochodzi on od konia wyścigowego Phar Lap'a - bohatera narodowego Australii. Literatura australijska jest chyba niezauważalna na świecie. Jednak w Polsce nagroda literacka Nobla nadal cieszy się dużym autorytetem, gdyż książki jedynego australijskiego noblisty - Patricka White'a wydano tu w większym nakładzie niż w Anglii. Tak - w Anglii - gdyż przez długie lata Australia nie miała prawa wydawać żadnych książek.
Dla mnie książki Patricka White były bardzo trudne do strawienia, dlatego dzisiaj wspomnę o innym australijskim pisarzu - Peterze Carey. Książka, o której piszę to również w jakiś sposób książka drugiej szansy. Ned Kelly to słynny australijski bandyta, który miał większe poczucie sprawiedliwości niż stróże prawa, w związku z czym skończył na szubienicy. Ned Kelly nie napisał żadnej książki, nie jestem nawet pewien, czy jakąkolwiek przeczytał. Ale gdyby miał szansę, to by napisał. Dowód? Jerilderie Letter (oryginalny tekst TUTAJ). Ten list liczy ponad 8000 słów - Ned Kelly wyjaśnia w nim jak niesprawiedliwość i nadużycia policji zepchnęły go na drogę zbrodni. W 1879 roku Ned Kelly ze swoim gangiem napadł miasteczko Jerilderie, obrabował bank po czym zebrał wszystkich mieszkańców w pubie, zafudował napitek i zmusił do wysłuchania listu. Następnie wręczył list kasjerowi w banku z poleceniem przekazania go do wiktoriańskiego parlamentu. Władze stanu uznały treść listu za tak niebezpieczną, że mimo nacisków opinii publicznej został on opublikowany dopiero w latach 30-tych XX wieku, a więc ponad 50 lat po jego napisaniu. A oto próbka listu: ... he said I was a liar and he could welt me or any of my breed, I was about 14 years of age but accepted the challenge and dismounting when Mr McCormack struck my horse in the flank with a bullocks shin it jumped forward and my fist came in collision with McCormacks nose and caused him to lose his equillibrium and fall prostrate I tied up my horse to finish the battle but McCormack got up and ran to the police camp Constable Hall asked me what the row was about I told him... Peter Carey dał pisarstwu Neda Kelly drugą szansę - napisał cudowny pastisz - osobisty pamiętnik bandyty naśladujący bardzo wiernie styl Jerilderie Letter. Jedyne poważne odstępstwo to używanie znaków przestankowych. Była to również druga szansa Peter'a Carey - za tę książkę otrzymał po raz drugi Booker Prize - literackiego "Nobla" dla pisarzy piszących po angielsku. Przy okazji książka doskonale rekonstruuje atmosferę tych czasów, animozje między zasiedziałymi osadnikami i biednymi przybyszami z cierpiącej głód Irlandii, między protestantami a katolikami, specyficzną moralność rozbójników. Postać Neda Kelly wzbudza tu do dzisiaj kontrowersje. Miło mi gdy ich sprawcą są potomkowie Polaków. Oto fragment strony tytułowej mojej lokalnej gazety.
Młode duńsko-polskie małżeństwo zdecydowało się wyciąć ogromne drzewo cedrowe, a w pniu polecili wyrzeźbić Neda Kelly w scenie jego ostatniej potyczki z policją. Kilka osób złożyło skargę, że rzeźba promuje bandytyzm i zachęca do używania broni palnej. Na szczęście rada miejska zaaprobowała rzeźbę. Aby utrzymać cały blog w australijskiej tonacji postanowiłem zamieścić jakiś przepis z australijskiej kuchni. Sięgnąłem do samych źródeł. Wszak australijscy Aborygeni to jedna z najstarszych cywilizacji. Wiadomo, że potrafili doskonale się odżywić i nie brakowało im wody w miejscach gdzie biali podróżnicy padali z głodu i z pragnienia. Zasiadłem więc z nimi przy ognisku na tradycyjnym corroboree...
Niestety okazało się, że byliśmy zbyt blisko cywilizacji i zaserwowano nam pieczone kurczaki zakupione w pobliskim supersamie. Zwróciłem się więc w stronę kolonizatorów. Tu też nie było łatwo. Po pierwsze biali osadnicy byli ludźmi o bardzo niewielkich wymaganiach gastronomicznych. Po drugie pochodzili z Anglii, która nie ma żadnych osiągnięć w tej dziedzinie. Pianista Artur Rubinstein w swoich wspomnieniach z wizyty w Australii w 1936 roku pisze, że jedyną potrawą serwowaną na obiad w restauracjach w Melbourne była baranina z miętowym sosem. Od tego czasu sytuacja bardzo się poprawiła za sprawą imigrantów z Europy kontynentalnej i z Azji. Ale to nie rozwiązywało mojego problemu. Poszukałem natchnienia w ... muzyce. Znalazłem dwie pozycje. Pierwsza to lody melba. Przyznam się, że widywałem je tylko w Polsce, i to jeszcze w czasch mojego dzieciństwa. Zostały skomponowane ku czci australijskiej śpiewaczki Nellie Melba. Druga pozycja to tort Pavlova stworzony w Australii (a może w Nowej Zelandii) ku czci rosyjskiej balleriny Anny Pawłowej. Zagadka. Też z literatury australijskiej, ale z nie najwyższej półki. Proszę podać imię, nazwisko i tytuły przynajmniej dwóch książek australijskiej pisarki specjalizującej się w książkach przygodowych z okresu początków białego osadnictwa w Australii. Autorka ma domieszkę krwi aborygeńskiej, w jej książkach pojawiają się wątki aborygeńskie pisane w bardzo nastrojowy sposób. Wiele jej książek zostało przetłumaczonych na język polski. Zagadkę rozwiązała Panna.Konwalia: Patrycja Shaw. Jej książki wydane w Polsce: "Ognie fortuny", "Poszukiwacze marzeń", "Nad wielką rzeką", "Rzeka słońca", "Pióro i kamień", "Dolina lagun".
środa, 16 maja 2012
Robimy z Panną L. użytek z tego, co napisałam niedawno - Kura się internacjonalizuje i zaprasza do tworzenia wpisów po angielsku. Poniższy cytat pochodzi z katalogu wystawy "Transit und Transformation", którą można obecnie obejrzeć w Muzeum Żydowskim w Berlinie. Katalog jest dwujęzyczny, niemiecki i angielski. My bierzemy cytat angielski i nie będziemy go tłumaczyć.
W Berlinie uważa się, że niezwykły rozkwit kawiarni w okresie modernizmu, to z jednej strony fascynacja nowoczesnym wielkomiejskim stylem życia, ale z drugiej strony pragmatyczne rozwiązanie życiowe. Artyści byli biedni albo co najwyżej niezamożni. Mieszkali w podnajętych pokojach lub nędznych pensjonatach, nie mieli na opał i światło. Zbiorowości biednych artystów kawiarnia zapewniała wszystko, na co pojedynczy twórca nie mógł sobie pozwolić plus - ekstra - towarzystwo innych, równie utalentowanych, równie biednych i równie złaknionych kontaktów społecznych. O kawiarniach pisała już Pann L. w poprzednim swoim wpisie z Berlina. Podała też wtedy kilka nazwisk osób, które bywały w najsłynniejszej z nich czyli Kawiarni Romańskiej (Romanisches Cafe). Ciekawe, czy ich lista pokrywa się z listą tych, których książki spalono, a obrazy wystawiono na wystawie sztuki zdegenerowanej?
Goście Romanisches Café pochodzenia żydowskiego, Żydzi z Europy Wschodniej, nazwali swój ulubiony lokal, kawiarnia Rachmonische - od słowa w jidisz, oznaczającego coś wielce godnego pożałowania. Urządzenie kawiarni było bowiem marne, ale i tak lepsze niż jedzenie. Dzisiejsze kawiarnie w Berlinie nie mają już tej atmosfery, zresztą berlińskie życie towarzyskie koncentruje się teraz w klubach, a nie w kawiarniach, ale trzeba przyznać, że kawiarnia w Muzeum Żydowskim swą, nazwijmy to, prostotą niewiele odbiega od wzorca sprzed stu lat.
Oferta konsumpcyjna jest też... no, taka sobie. Torty i sałatka z kuskusu w plastikowych kubeczkach. Zdarzyło mi sę widywać w kawiarniach lepsze rzeczy do jedzenia.
Ale cóż, sałatka z kuskusu - na lato bardzo dobry pomysł jedzeniowy, przy czym kuskus zastąpić można każdą inną kaszą, nawet gryczaną. Ugotować kuskus, zalewając szklankę kaszki szklanką wrzącego rosołu z warzyw (inne rodzaje kaszy jednak ugotować). Przykryć pokrywką i zostawić do wystygnięcia. Dodać różne rzeczy, wszystkie drobno pokrojone lub drobne z natury: Wymieszać, doprawić oliwą, cytryną, solą, pieprzem i chili. A teraz Wam pokażę, co i jak można by było podawać, gdyby się było myło chciało żyło, a nie tylko kasowało pieniądze od turystów. Bo to najmodniejsze muzeum w Berlinie, najmodniejsze, bo żydowskie...
To pasta z bakłażana po persku, serwowana z pokrojonym awokado i liśćmi świeżej mięty. Nazwa "po persku" nic nie znaczy. Ta pasta to jedna z klasycznych potraw orientalnych. A w charakterze zagadki to co zawsze najprzyjemniejsze, próba dokonania tematycznego przeglądu tego, co czytamy. Analiza naszej "zbiorowej biblioteki", tak jak kilka dni temu przy okazji zdjęć jako motywu literackiego. Bo czytamy tak różne książki, wybór jest tak ogromny, a przecież zawsze się okazuje, że są jakieś wspólne lektury i wspólne tematy. Teraz proponuję przypomnienie sobie, kto pisał w kawiarniach i opisał to w swojej prozie lub wierszu. Zona Oburzona: Artur Rimbaud, "Romans" Wlosz.czy.zna: Harry's Bar w Wenecji i z pisarzy m.in. Truman Capote oraz Hemingway
wtorek, 15 maja 2012
Wiosna, wiosna, wiosna. Kwiaty w pełnym rozkwicie i zaczyna się w Toskanii okres infiorate, czyli układania na ulicach miasteczek kompozycji z płatków kwiatów. Są to często piękne artystyczne obrazy, reprodukcje słynnych malowideł lub kompozycje własne. Większość infiorate jest realizowana na Boże Ciało. Jedna ze słynniejszych w Toskanii infiorate odbywa się w ostatnia niedziele maja w położonej blisko Florencji Scarperia. Ulice historycznego centrum miasta pokrywają kwietne dywany. Wieczorem poprzedniego dnia mieszkańcy Scarperia przygotowują płatki kwiatów, głównie goździków, które następnego dnia posłużą do realizacji kompozycji. Wszyscy są zaangażowani do tej pracy, młodzież donosi kwiaty, starsi siedząc na krzesłach wystawionych na ulice i przy pogaduszkach i szklance dobrego wina, odrywają płatki i wsypują je do specjalnie przygotowanych koszy. Z góry wiadomo, jaki obraz i gdzie zostanie zrealizowany. Na trotuarze w wyznaczonych miejscach, kredą zostają wyrysowane kontury obrazów, następnie w dniu infiorata, przy pomocy lekkiej warstwy kleju i różnokolorowych płatków i liści zostają zrealizowane kompozycje, które ubarwiają przez jeden dzień ulice miasteczka i stwarzają magiczną atmosferę. Zobaczcie same, jak to pięknie wyglądało w zeszłym roku.
A jak wiosna to przepis na sałatkę wiosenną z ryżem: 300g ryżu parboiled Szparagi połamać w kawałki 2-3 cm; fasolkę szparagową obrać i pokroić w takiej samej długości kawałki. W dużym garnku doprowadzić wodę do wrzenia, osolić i dodać wszystkie jarzyny oraz ryż. Jak ryż będzie ugotowany odlać wszystko, przelać zimną wodą, porządnie odcedzić. Na zagadkę nie miałam pomysłu, ale pomogła mi Panna Prymarna. Wielkie dzięki. Pozdrawiam wszystkie Panny. Włosz.czy.zna. Z wpisem tym łączą się trzy kobiety, w tym święta ... Ewa. Jak?
poniedziałek, 14 maja 2012
Cudny obraz i cudny tytuł. Targ na jarzyny. Tak się po prostu mówiło te 130 lat temu, ale dziś budzi piękne skojarzenia, z Prusem, z Proustem... Opowiedziałam Pannie L., która jest bądź co bądź, jak Danusia, "historyczką sztuczką", że zachwycił mnie ten obraz, jak byłam ostatnio w Muzeum Narodowym w Poznaniu, a ona mi od razu podsunęła kilka dalszych informacji. Nota bene - historyczka sztuczka to był oczywiście ukłon w stronę "pani ministry". Zadałam też pytanie: jak myślicie, jak się będzie nazywała pani ministra, jeśli po wyborach zajmie miejsce Tuska? Była to zagadka-żarcik, więc bez nagród. Propozycja Zony Oburzonej - premierytka, a Panny Głównej: premiera. Proszę o dalsze propozycje, nie tylko zresztą dla premierytki. Kanclerka? Prezydentka? Księdza (gdy już kobiety będą mogły pełnić posługę kapłańską)? Wróćmy jednak do Żelaznej Bramy. Teksty i ilustracje przygotowała Panna L.
Ogród Saski zwany jest niekiedy ojcem polskich parków. Był pierwszym miejskim ogrodem publicznym w Polsce. 27 maja 1727 roku król August II otworzył Żelazną Bramę Ogrodu dla wszystkich, co jak twietrdzi Małgorzata Baranowska, autorka cytowanej tu właśnie książki "Warszawa, miesiące, lata, wieki", oznaczało oczywiście tylko ludzi odpowiednio zamożnych i odpowiednio... ubranych.
W następnym stuleciu sceneria radykalnie się zmieniła. W roku 1893 czytamy w "Ilustrowanym przewodniku w podróżach":
Na fotografii te właśnie opisane powyżej kramy żydowskie w podcieniach Pałacu Lubomirskich. Pałac jeszcze w XIX wieku został zamieniony na kamienicę, w której wynajmowano mieszkania i lokale użytkowe. Za Żelazną Bramą handlowano już od końca XVIII wieku. Wspomniany wyżej Gościnny Dwór został zbudowany w roku 1841. Obok znajdowały się istniejące do dziś Hale Mirowskie. Nazwa przetrwała, chociaż w 1818 żelazną bramę wymieniono na zwykłą.
Cała ta okolica weszła w skład Getta Warszawskiego. Pałac Lubomirskich, zbombardowany w roku 1939, znalazł się między dużym i małym gettem. Po zlikwidowaniu getta teren praktycznie zrównano z ziemią. Zagadkę zadaję ja, Panna Główna. Obecnie stoi tu wysokie blokowisko zwane osiedlem "Za Żelazną Bramą". Właściwie groza, ale taka, że już zaczyna mieć swój walor estetyczny. Nakręcono tu między innymi fragmenty filmu "Gra" z serialu "Najważniejszy dzień życia" i sceny do kultowego filmu... Jakiego? Czyjego? Kiedy? I na zakończenie też ode mnie jeszcze jeden Pankiewicz - paryski "Targ na kwiaty", a jak Paryż i Plac, i targ, to pod spodem przepis Kattinki na zupę z kasztanów, dedykowany pannie przewodnikpokrakowie i innym naszym czytelniczkom, które nie mają odwagi poprosić o ufundowaną porzez Wlosz.czy.znę nagrodę, bo myślą, że nie będą wiedziały, co z tym fantem zrobić.
Zupa kasztanowa "Maroni", a skoro sezon na kasztany już minął, posłużymy się kasztanami suszonymi. 1 kg obranych kasztanów Szalotki siekamy drobno i dusimy w maśle z cukrem. Gdy się skarmelizują, przekładamy je do rondla, dolewamy szklankę wina i dusimy na małym ogniu przez kilka minut, po czym wsypujemy kasztany, dodajemy wywar warzywny i zostawiamy na małym ogniu na kolejne pół godziny. Zdejmujemy z ognia, dodajemy łyżkę kwaśnej śmietany i miksujemy zupę na gładki krem, doprawiamy do smaku sokiem z cytryny. Przed podaniem na stół ponownie podgrzewamy i łączymy delikatnie z połową śmietany kremówki, ubitej z dodatkiem soli i pieprzu. Na talerzach posypujemy ziarenkami owocu granatu i ozdabiamy kleksem pozostałej bitej śmietany.
niedziela, 13 maja 2012
Przez 2/3 mojego życia byłam ograniczona pewną zasadą. Nazwijmy ją 1/1, albo 3/1. Chodzi o to, że ze względów finansowych, a także zaopatrzeniowych, w dzieciństwie i wczesnej młodości posiadałam jedne buty na sezon. Czyli wychodziło, że miało się jedne sandałki, jedne buty jesienno-wiosenne oraz jedne cieplejsze, a jeśli któreś z nich wystarczały na następny rok, było super. Mijały lata, sytuacja się poprawiła, a mnie zabrało trochę czasu oderwanie się od tej zasady. Gdy kupiłam sobie po raz pierwszy drugą parę sandałków, miałam wrażenie, że przekroczyłam jakąś granicę. Ręka drżała, gdy płaciłam za krótkie kozaczki, gdy wysokie stały już w domu na półce. Gdy kupowałam trzecie buty na niewysokim obcasiku, idealne do pracy i na wielkie wyjścia, czułam, że zwyciężyłam. Trudno było oderwać się od poczucia, że więcej niż jedne buty mi nie przysługują... Kupowanie butów nie jest dla mnie łatwe. Mam małą i wąską stopę. Nie umiem chodzić w szpilkach. Od obcasów mniej więcej pięciocentymetrowych bolą mnie stopy, podobnie od zupełnie płaskich. A asortyment w sklepach wbrew pozorom nie jest jakiś bardzo szeroki. Ponadto ostatnio dość często okazuje się, że but z ekspozycji zdążył zmienić kolor i od swojego kolegi z pary widocznie się różni. Ale jak już znajdę takie buty, które mi się podobają, są wygodne i pasują, to chodzę w nich nie tylko przez jeden sezon. Najdłużej pozostały ze mną buty przeznaczone do wędrówek górskich, ale to specyficzny rodzaj obuwia. To nadal najdroższe buty, jakie posiadam. 10 lat temu kosztowały mnie kilkaset złotych. Najwięcej chodziłam po górach w tych czasach, gdy specjalistyczne sklepy dla turystów dopiero zaczynały działalność. Dobry sprzęt był drogi i wtedy nie było mnie na niego stać. Nie było też jeszcze sklepów z końcówkami serii, czy towarem lekko wybrakowanym. Do tych butów mam olbrzymi sentyment, ponieważ Mój Mąż, jeszcze wtedy nie-mąż, a nawet nie-narzeczony, obiecał, że dołoży się do butów dla mnie, wiedział, że o takich marzyłam. Można powiedzieć, że jeden but był prezentem pod choinkę od Mojego Przyszłego Męża. W tych butach byłam między innymi w Tatrach, tam przeszły chrzest bojowy. Bardzo lubię te góry, nie dziwię się wcale, że tyle osób zwariowało na ich punkcie. Niestety, to zaszkodziło ostatecznie krajobrazowi. Dawno już w Tatrach nie byłam, bo odstrasza mnie wizja tłumów zadeptujących Krupówki i górskie szlaki. Nie odczuwam przyjemności w staniu w kolejce w sklepie, a co dopiero w kolejce na Giewont, czy do łańcucha służącego asekuracji w drodze na Świnicę. Poniżej zdjęcie zrobione 7 lat temu w maju. Prezentuje Czarny Staw Gąsienicowy, jedno z moich ulubionych miejsc w Tatrach. Można się stamtąd udać w kierunku Przełęczy Zawrat lub na szczyt Świnicy.
Wycieczka w góry nie uda się bez jedzenia. Wiadomo, że w schronisku zje się coś ciepłego, ale do niego zazwyczaj daleko. W drodze trzeba się zadowolić kanapkami. Lubiłam zawsze dbać o to, żeby kanapka była treściwa, ale i smaczna. W końcu jakoś trzeba sobie zrekompensować wysiłek. Dzisiaj kanapka, czyli danie najprostsze na świecie. Ulubiona bułka Bułki przekrawamy i smarujemy masłem. Sałatę myjemy, siekamy (ostatnio dowiedziałam się, że to jedyny rodzaj sałaty, którą można siekać, bardzo mnie to ucieszyło), rozkładamy na masło. Na sałatę dajemy nieco majonezu, kładziemy ser, wędlinę, pomidor. Składamy obie połówki bułek i pakujemy. I zjadamy ze smakiem, popijając kawą z termosu. Jest taka książka, w której bohaterem zbiorowym są górale. Są to wspomnienia z różnych lat najpierw chłopca, potem mężczyzny. Napisana świetnym językiem, czerpiącym trochę z gwary góralskiej. Nie wiadomo, czy autor odważył się wybrać do Zakopanego po wydaniu tej książki... Co to za książka, czyjego autorstwa? Odpowiedziała Niespieszna: Spiski. Opowieści tatrzańskie Wojciecha Kuczoka. Pozdrawiam
sobota, 12 maja 2012
Pisałam i pisałyśmy już o śniadaniu wielokrotnie, ale to taki pojemny temat. Zwłaszcza w Berlinie, albo zwłaszcza w moim życiu... Bo oto najpierw jakiś czas temu urządziłyśmy sobie z Panną L. śniadanie na balkonie. Zaczęłyśmy o... 17 i skończyłyśmy o północy. A w kilka dni później wstałyśmy o w pół do ósmej i przygotowałyśmy śniadanie, które spożyło dziesięć osób, ale nie na raz tylko w sześciu turach, a trwało ono dwanaście godzin. W imprezie uczestniczyły też kot i pies, a konsumpcja kilkanaście razy przenosiła się z kuchni na balkon i z balkonu do kuchni. Nie jestem żadną dobrą ogrodniczką. Wiem, że ludzie potrafią wyczarować cuda na balkonach. Może tym wpisem zmobilizuję Danusię, żeby z powrotem zaczęła pisać dla Kury, bo wydaje mi się, że rośnie u niej na balkonie zaczarowany ogród. Tymczasem u mnie same proste rzeczy - bratki, szałwia, pietruszka, lawenda - wszystko co bardziej skomplikowane nie wytrzymuje albo mojej (pewnie niezbyt starannej) opieki, albo odwiedzin łakomych ptaków, albo wreszcie faktu, że mieszkam na czwartym piątrze, nade mną już tylko niebo, a przede mną widok na Zachód z Berlina aż po atlantyckie wybrzeża Normandii. I takąż - tylko w przeciwnym kierunku - drogę dla wiatrów. Jak na dole wieje taki sobie zwykły wiatr - u mnie, pod ogromną kopułą nieba hula Wspaniały Wielki Wicher. Czyli dokładnie na odwrót niż w ogrodzie u mojej siostry, gdzie jeśli widać, że wiatr z lekka porusza gałązkami drzew, to znaczy że na morzu szaleje ogromny sztorm. Wiatr nasuwa masy zagadek, ale ja się dziś wykpię sianem i zadam zagadkę, której rozwiązaniem jest pewien przepis z kuchni francuskiej. Tuwim i Słonimski, którzy uwielbiali zabawiać się z ludźmi, sytuacjami i słowami, przetłumaczyli kiedyś nazwę tego dania na polski jako "lata z wiatrem skarbnikowa". Proszę podać nazwę tego dania w oryginale oraz przepis, jak je wykonać. Części składowe tego dania były już na Kurze i można z nich skorzystać. Zagadkę rozwiązała Konsti. Chodzi o danie zwane vol-au-vent á la financiere. W dzisiejszej wersji są to paszteciki z ciasta francuskiego (kupne) - w tradycyjnej były to ptysie, które naprawdę bardzo łatwo zrobić w domu, choćby wg przepisu z Kury. Upieczone i ostudzone ptysie rozcinamy na dwie "nierówne połowy". Dolną - większą - połówkę wypełniamy sosem beszamelowym też wg przepisu z Kury, wymieszanym z zielonym groszkiem, pieczarkami, krewetkami, kawałkami mięsa, ryby lub szynki - w gruncie rzeczy tym, co mamy pod ręką. Bo "wolawenty" to klasyczna potrawa do upłynniania resztek. Balkony, ogrody i ule to najnowsze hity życia w Berlinie. Przy czym nie chodzi o to, co miasto robi w tym kierunku dla swoich mieszkańców, polityków i turystów, tylko o to, co my, mieszkańcy robimy dla siebie. Poniekąd, żeby (po raz kolejny) pokazać, że miasto jest naszą własnością i powiedzieć politykom, żeby nas zostawili w spokoju. Najnowsza fala fascynacji ogrodami jest więc częścią wielkiego nieformalnego projektu społecznego „reclaim your city” i walki o sprawiedliwą strukturę społeczną miasta, a jednocześnie wiąże się z troską o ekologię, ochronę środowiska i zrównoważony rozwój. Oczywiście wiemy, że ogród to cudowna rzecz. Każdy ogródek działkowy w Polsce jest producentem kwiatów, jarzyn i owoców, ale, odpowie nowoczesny berlińczyk, chlubne to i sprawiedliwe, jednakże nie jest sztuką hodowanie jarzyn i owoców tam, gdzie da się to robić, sztuka wyhodować je tam (i tak), gdzie (i jak) nikomu by to nie przyszło do głowy. Na przykład w worku, plecaku czy za płotem... u sąsiada. Zasadniczo powinnam się uprzeć i pokonać Wielki Wiatr Balkonowy, po to by zrealizować moje ogrodnicze marzenia. Dwa! Marzy mi się własna dynia na balkonie, taka duża, żeby można było zrobić jesienią zupę dla wszystkich krewnych-i-znajomych-Królika. Oraz wielka młoda kapusta (ta o której pisałam już przy okazji hammamu, polana roztopionym masłem). Może jeszcze żółta fasolka. W zeszłym roku moje marzenia mnie olały. W tym roku nadal próbuję. Urban gardening to już nie zawracanie głowy dla wariatów tylko style life. O dzikich akcjach zazieleniania miasta - green guerilla - piszą nawet gazetki dla rodziców, bo otóż możemy i powinniśmy podejmować takie akcje z dziećmi. W jednym z berlińskich sklepów ze zdrową żywnością pojawił się nawet specjalny automat, w którym zamiast cukierka czy gumy do żucia dziecię może sobie za 10 centów zakupić kulkę z nasionami, które wysieje gdziekolwiek, a potem będzie chodzić i sprawdzać, jak rosną. Podstawowym aspektem urban gardening jest przekonanie, że każdy z nas ma PRAWO do uprawiania kawalątka ziemi. I jeśli jej nie mamy, to musimy ją sobie wziąć, zdobyć, wyszarpnąć czy przekonać władze, żeby nam ją dały. Tak powstały w ostatnich latach ogrody sąsiedzkie w przestrzeni pomiędzy blokami mieszkalnymi, gdzie każdy uprawia półtora metra kwadratowego, ogrody dla dzieci z grządkami wielkości chustki do nosa, ogrody międzynarodowe i interkulturowe, które przypominają, że świat jest różnorodny, a jednocześnie wspierają wspólną pracę i rozrywkę migrantów i „tubylców”, a też stawy ze złotymi rybkami na podwórkach i gaje brzozowe na dachach kamienic.
To wszystko może się wydawać śmieszne. Po co dorabiać ideologię do głowy kapusty i dwóch marchewek? Ale wbrew pozorom ruch urban gardening jest już w tej chwili tak silny, że muszą się z nim liczyć politycy. Inne jest też pochodzenie nowych miejskich ogrodników. To nie biedota, dla której w połowie XIX wieku wymyślono ogródki działkowe, to ludzie wykształceni i społecznie zaangażowani. Jeśli walczą z władzą, to walczą przede wszystkim na słowa i wiedzą znakomicie, jak ich używać. Uważajcie, mówią ogrodnicy, mamy prawo do naszego miasta! Nie chcemy, żeby nas wyrzucano z domów i zabierano przestrzeń. Mamy prawo żyć w nim tak jak chcemy i nikt nie może nam dyktować tego, jak mamy chcieć! I uważajcie, bo potrafimy się obronić. A nawet wygrać! Jeśli moja wymarzona dynia mi wyrośnie i zaproszę Was wszystkich na zupę do Berlina to pamiętajcie, że dynia była waleczna, a zupa będzie polityczna! A tu ja (Kandyjka) dodałam 2 zdjęcia, o które prosicie w komentarzach. Na pierwszym rajska jabłoń, która kwitnie właśnie przed domem, a na drugim, obok schodkow możecie zobaczyć naszą altankę.
|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Tagi
|